W    O B I E K T Y W I E    N A D Z I E I



[Ottawa, 28 czerwca 2002 (Z pamiętnika Nadziei) ]
Wspomnienie o Profesorze Ruszkowskim
[Jolanta Nadzieja Szaniawska]

Poznałam Człowieka którego takimi słowami żegnał Jan Paweł II

"Błogosławieni, którzy w panu umierają(...). Niech odpoczną od swoich mozołów, bo idą wraz z nimi ich czyny"(Ap 14, 13) W dniu, w którym odbywa się pogrzeb Śp. Profesora Andrzeja Ruszkowskiego, jednoczę się w modlitwie z tymi, którzy dziękują Bogu za jego długie i owocne życie. Znałem go i podziwiałem jego wiarę, wiedzę i mądrość, oddanie dla Kościoła i życzliwość dla ludzi. Niech udział w chwale Chrystusa będzie mu nagrodą! Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie! Żonie Zmarłego, Rodzinie, Przyjaciołom i wszystkim biorącym udział w liturgii pogrzebowej z serca błogosławię: W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego!
Watykan, 25 kwietnia 2002r.
Jan Paweł II, Papież


Niczym drogowskaz we mgle.

Po raz pierwszy Profesora Andrzeja Ruszkowskiego spotkałam na sympozjum naukowym pt. "Search for Freedom" jaki z okazji 50-lecia Polskiego Instytutu Naukowego w Kanadzie (PINK-u) odbył się na ottawskim Uniwersytecie Carleton w dn. 20 listopada 1993. Pamiętam, że w przerwie wykładów nieśmiało podeszłam do Profesora. Choć był już chodzącą sławą, naukowym autorytetem to w kontaktach z ludźmi zachował skromność i życzliwość. Wszak wielkość człowieka nie musi być dęta ni głośna, wystarczy że jest... ludzie sami zobaczą, ludzie sami docenią. Zachęcona do rozmowy zadałam jubileuszowe, nawiązujące do historii powstania PINK-u, pytanie. Któż mógł znać lepiej odpowiedź na nie niż sam jego współtwórca? I dowiedziałam się, że " Kiedy władze okupacyjne zamknęły w Polsce uniwersytety i tym samym rozwiązały Polską Akademię Umiejętności jeden z członków Akademii, któremu szczęśliwie udało się wydostać za granice, prof. dr Oscar Halecki, postanowił kontynuować instytucję. W Nowym Jorku, na Uniwersytecie Fordham, zaczął starania i wraz z innymi Polakami w roku 1942 powstał The Polish Institute of Arts and Sciences in America. W roku 1943, przy udziale polskich uczonych, którzy po inwazji niemieckiej i sowieckiej znaleźli się w Kanadzie, powstał samodzielny oddział. Oddział rozwijał się bardzo szybko grupując w swych szeregach ludzi nauki. Kiedy prof. dr Tadeusz Romer wspólnie z dr Tadeuszem Brzezińskim, ojcem Zbigniewa przyjechali do Ottawy 8 maja 1974 roku, w ramach przygotowań do Kongresu Naukowego w Montrealu, spotkali się z sześcioma ottawskimi profesorami. Na tym spotkaniu postanowiono, że w Ottawie powstanie oddział instytutu." Słowa te niczym dobry most przeniosły mnie w tamte lata. Kiedy Profesor opowiadał o historii PINK-u zarówno daty jak i nazwiska zdawały się bardzo współczesne. Jego doskonała pamięć, precyzja myśli, elokwencja i ten ogromny szacunek do słuchacza ( nie zawsze zorientowanego), budziły respekt. Właśnie wtedy zrozumiałam jak wspaniała jest Polonia czasów wojny, że wartości które tu przynieśli, tylko tu też ocalały. Taki skansen moralności! Mieli szczęście w nieszczęściu, i nie zmienił ich totalitarny system bo nie mógł. Tu na emigracji słowa: honor, wiara, uczciwość, znaczyły to co znaczyć powinny.

Rozmowa z Profesorem, ta pierwsza i te kolejne zawsze były niczym odtrutka na otaczającą mnie rzeczywistość i na... tych krajan, o których, będąc jeszcze w Polsce, nie miałam pojęcia, że w ogóle istnieją.

Tak, właśnie wtedy na Uniwersytecie Carleton narodziła się we mnie ciekawość historii Polonii. Kilka lat później będąc w Saint-Sauveur odwiedziłam tamtejszy cmentarz i zrozumiałam przewrotność historii. Nazwiska, które padały z usta Profesora były tuż, tuż...Tadeusz Romer (1894-1978) Ambasador R.P; Wacław Babiński (1887-1957), Minister Pełnomocny R.P; dr Tadeusz Brzeziński (1896-1990)... Tak wolno spacerując czułam wyraźną obecność Profesora, wszak tu zatrzymał się Jego czas. Na jednym z pomników widniały słowa - "Przechodniu, powiedz Polsce, że byłem Jej wierny do końca życia" Powiem.

Poszukiwanie drogi

Z Profesorem spotykaliśmy się w różnych miejscach, raz był to kościół św. Jacka Odrowąża, to znów Uniwersytet St. Paul czy ottawskie pokazy filmowych naszej pani reżyser Aleksandry Padlewskiej. Tę, pan Profesor, jako człowiek filmu, lubił szalenie. Pamiętam jak na premierze filmów: "K. Penderecki's Polish Requiem" i "Górecki & Górecki in Montreal" w Audytorium Biblioteki Narodowej latem 2001, powiedział cytując kompozytorów: " Ala potrafiła przezwyciężyć trudności i dzięki jej wysiłkom możemy dziś pochwalić się przed światem dwoma gigantami twórczości artystycznej opartej na dziedzictwie duchowym naszego narodu, przebijającym w kluczowych wyznaniach Pendereckiego i Góreckiego. Penderecki mówi "niekoniecznie znajduje drogę, ale bardziej niż znalezienie drogi interesuje mnie jej poszukiwanie. Górecki i te wszystkie sukcesy, to złudna rzecz. Teraz jest, zaraz ich nie ma. Nie za bardzo przejmować się sukcesami i porażkami, natomiast zawsze trzeba robić uczciwie swoje". W foyer biblioteki raz jeszcze wróciłam do sprawy "poszukiwanie drogi" i "róbmy uczciwie swoje". Od Profesora usłyszałam, że tylko tak można osiągnąć wewnętrzne zadowolenie a za nim idący spokój i przeświadczenie, że nie marnujemy danego nam tu na ziemi czasu. Zaczęłam myśleć nad sobą, nad tym czy faktycznie dobrze szukam i czy robię swoje? Wtedy narodziły się pierwsze wątpliwości.

Urodzinowe sto lat

Tak się szczęśliwie stało, że byłam obecna na Wieczorze Jubileuszowym, jaki z okazji 90. rocznicy urodzin prof. Andrzeja i Korneli Ireny Ruszkowskich zorganizował Oddział Ottawski PINK. Uroczyste spotkanie odbyło się w audytorium Saint Paul University w grudniu 2000. Po części oficjalnej bogatej w przemówienia i honory wszelkie, odbył się mały bankiet, a raczej spotkanie przyjaciół przy urodzinowych świecach i torcie. Pamiętam, jak syn Profesora, Jean Paul, z uśmiechem powiedział, że nie tylko urodziny są ważne, ale i 67 rocznica ślubu rodziców, a ta przypadała w podobnym czasie.
Wszystko razem przyprawiało o zawrót głowy! Liczby były ogromne. Gdy zapytałam Profesora - Cóż Panu życzyć w takim momencie? - Uśmiechnął się, i rzekł przekornie - "Pani Jolanto, oby tak dalej", i dodał "i dla pani też. Potem mówiliśmy o tym jak ważnym jest każdy dzień, i aby go nie zmarnować, drugiego już nie będzie.

Ostatnie spotkanie

15 kwietnia 2002, w okolicach godz. 16.00 po raz ostatni rozmawiałam z Profesorem. Było to w poczekalni Family Medicine Centre szpitala Bruyere, a to... ulubione miejsce spotkań Polonii. Tu w oczekiwaniu na dr Zdzisława Czarnowskiego czas umila się rozmową z rodakami, a tych zawsze tu w bród. Tego dnia wraz ze mną "w kolejce" po zdrowie czekał Profesor. Naszym tematem był Marsz MS i planowany w nim udział rodu Ruszkowskich - ojciec i syn. Planowaliśmy co robić będziemy za tydzień, jak uda się "spacer do pierwszej ławki", czy pogoda dopisze... Gdy wychodziłam z gabinetu ten długi, szary prochowiec Profesora, jeszcze tam wisiał. Idąc korytarzem kilka razy odwracałam głowę. Płaszcz wisiał samotnie. Tydzień później, w niedzielę po południu dostałam telefon od dr Czarnowskiego, że nasz Przyjaciel, Profesor Andrzej Ruszkowski nie żyje. Zmarł w ottawskim General Hospital. Do końca obecna była przy nim żona i dzieci. Wraz z odejściem Profesora zamknęła się cała epoka historii Polonii i Polski.
W dn. 26 kwietnia, na uroczystą Mszę Świętą w intencji prof. Andrzeja Ruszkowskiego przybyły władze Kościoła, ambasad RP i Boliwii, przedstawiciele polonijnych organizacji i Przyjaciele, a tych zmarły miał wielu. Prochy Profesora złożono na cmentarzu Capital Memorial Gardens Cementary w Ottawie.

top


Restaurator Warszawy - Mieczysław Jachacy
"Tu jest moje miejsce"
[Jolanta Nadzieja Szaniawska]

Mój świętej pamięci Ojciec często mawiał: "Dziecko, patrz z czego będziesz miała chleb. Pamiętaj, że ludzie zawsze będą jeść, chorować i... umierać". To był Jego skrócony poradnik pt. "Kim tu zostać w życiu".

Ojciec przeżył wojnę. Pamiętał naloty, wywózki i głód. Przez cały czas powtarzał sobie, że jak to piekło się skończy, będzie kucharzem i wreszcie naje się do woli. Po wojnie przeszedł do rezerwy, z wojaka zamienił się w studenta Szkoły Handlowej. Jego miłością było kucharzenie i nabrawszy szlifów w zawodzie "poszedł na swoje". Otworzył restaurację, był jednym z pierwszych ajentów w Warszawie. Za nim ruszyli inni. Uczył młodych adeptów szkół gastronomicznych zawodu i właśnie jednym z nich był Mieczysław Jachacy, przyszła sława gastronomii stolicy.


Restaurację, jak "Pod Skrzydłami", słynną z dobrych szaszłyków i roweru samego Ryszarda Szurkowskiego, europejska "Varsowia" w Hotelu Warszawa, "U Jachacego" z rozśpiewanym Kabaretem Nie-moralnym, i wykwintnego dla VIP "Bazyliszka" na zawsze związane będą z nazwiskiem Jachacy.

Montreal - dżungla restauracji

Na początku lat 80-tych los rzucił mnie za ocean i jak tysiące młodych Polaków i ja zaczynałam od nowa. Pomna ojcowskiej rady, że "ludzie zawsze będą jeść" wyjęłam zakurzony dyplom technologa żywienia, zakasałam rękawy i zaczęłam karmić biurokratów rządu kanadyjskiego. Miał to być pierwszy przystanek do własnej restauracji, bo nie ma to jak być kapitalistą w Kanadzie i żyć na swoim. Pewnego dnia doszła mnie wieść, że na głównej ulicy w Montrealu Polak otworzył elegancką restauracje L'Asiette au boeuf, gdzie oprócz smacznej kuchni, furorę robiła Kapela Cygańska... prosto z Rumunii!

Odważny ruch, pomyślałam - i tylko dla fachowców. Tym ryzykantem był nie kto inny, jak znany mi z opowieści Ojca, Mieczysław Jachacy. Pojechałam z wizytą i wtedy to po raz pierwszy w życiu jadłam żaby i piłam toast po polsku na trzy razy. Jaki był powód by znany i szanowany restaurator Warszawy, znalazł się na emigracji? Przecież to nie głód wygnał Go z Kraju?

Dowiedziałam się, że tu zadziałał przypadek, a właściwie wypadek, któremu uległ pan Mieczysław w Niemczech. Szpital, operacja, trzykrotna zapaść serca i długie tygodnie rehabilitacji. W tym czasie w kraju ogłoszono stan wojenny. Wraz z żoną postanowili nie wracać. Na razie.

"Wybrałem wolność i spokojną Kanadę. Ten sam kolor biało-czerwony, tylko inaczej odwrócony .W związku z tym czułem się tu obywatelem polskim, nie musiałem udawać ani Francuza ani Anglika, byłem Polakiem w Montrealu. Wiem, że nie przegrałem, a to dzięki temu, że znam swój zawód i jak trzeba było to potrafiłem zdjąć garnitur i wejść do kuchni. Dzięki temu utrzymałem się w restauracyjnej dżungli śródmieścia."

Nie wypaść z obiegu

Pan Jachacy ma w sobie to ciepło gastronomika, którym potrafi ściągnąć do siebie i Anglików i Francuzów i wszystkich. Swoją osobowością, urokiem i najważniejsze - smaczną kuchnią, bez znaczenia czy jest w Kanadzie czy w Polsce, zjednuje klienta. Wkrótce w Montrealu już wiedziano, że w L'Asiette au boeuf właściciel jest szefem kuchni, że tam dostanie się dobrą polędwicę i wino do sosu w takiej proporcji w jakiej potrzeba. Bez oszustwa!

W L'Asiette au boeuf można było zjeść dania z kuchni francuskiej jak i polskiej, czyli od żabich udek po pierożki. Furorę zrobiła kaczka po polsku z jabłkami, dzięki której lokal i jego szef pojawił się w lokalnej prasie.

"Tak, szli reporterzy ulica i zdecydowali się wejść do mojej restauracji. Zaciekawił ich oryginalny jadłospis, który własnoręcznie robiłem. I zachwycili się kaczuszką, potem pierożkami i bigosem. W tamtym czasie byłem jedynym, który w centrum Montrealu serwował takie dania. Było naprawdę bardzo ciężko. Jak komuś się wydaje, że emigracja to jest taki łatwy kawałek chleba to się mocno myli. Niestety to jest dla wszystkich, czy bogatszych, czy biedniejszych, tak samo ciężki stres. Trzeba się dostosować do nowych warunków. Trzeba być bardzo pracowitym i silnym psychicznie. W biznesie tym bardziej, tu kolegów nie ma, nikt nie pomoże. Jest tylko rodzina, ten jeden zespół na dobre i na złe. Wspólnie pracowaliśmy, najpierw, aby przetrwać, potem by zyskać."

Wkrótce na mapie Montrealu pojawiła się kolejna restauracja - L'Serenade. Właściciel - Mieczysław Jachacy.

Tu jest moje miejsce, tu jest mój kraj

Przez dziesięć lat pobytu w Montrealu pan Mieczysław myślami stale wracał do Polski. Tęsknił. Kraj odwiedził trzykrotnie i już za pierwszym razem chciał zostać, ale dzieci w szkołach, restauracja w rozkwicie... Nie mógł, trzeba było skończyć to, co się rozpoczęło, zbudować podłoże dla rodziny, otworzyć świat dla dzieci, bo one najważniejsze.

Gdy po raz ostatni odlatywał za wielką wodę, i orkiestra zagrała mu "Mały biały domek", wiedział że chce tu zostać. Do Montrealu przyjechał z mocnym postanowieniem: Żono, dzieci - pakujemy się!

Wracamy do domu!

"W Polsce kupiłem domek, restaurację i ruszyło. Tu miałem przyjaciół i oni mi bardzo pomogli. Zaczęło się od Hotelu Warszawa i Varsovii. Potem powrót na stare śmiecie do Bazyliszka. Dziś jestem bardzo szczęśliwy, że po takiej długiej przygodzie znów mieszkam w swoim domu, u siebie. Tu jest moje miejsce, tu jest mój kraj."

Restauracja Bazyliszek na warszawskiej Starówce to lokal z ogromnymi tradycjami często odwiedzany przez VIP świata polityki, sportu i sztuki. Lokal ma ładne zakątki i dla każdego coś miłego do zaoferowania: jest sala kominkowa, sala mieszczańska, rycerska i myśliwska z karibu kanadyjskim na ścianie. Rodaku, będąc z wizytą w Warszawie koniecznie musisz tu wpaść, gdzie szef kuchni poleca:
"Tradycyjny bigos po staropolsku w chlebie, prosiaczek z kaszą gryczaną, zrazy zawijane, a przede wszystkim kaczuszka z jabłuszkiem a'la Pani Walewska. Goście powiadają, że jest najlepsza w Warszawie. Mamy też własny wyrób ciast i lodów. Jest w czym wybierać i jest co posmakować." Zamówiłam tradycyjną kaczuszkę. Pycha!

Pasja życia - kucharstwo i kolarstwo

Nie tylko samym jedzeniem człowiek żyje, trzeba też zdrowego ruchu. Za młodu pan Mieczysław sam się ścigał, a dziś ma swoją własną drużynę kolarską Legia - Bazyliszek.

Będąc znaną i szanowaną osobą w mieście ma duże poparcie finansowe od sponsorów i błogosławieństwo prasy, bo ta o kolarskiej młodzi często pisze. Stare przyjaźnie, bo to w Polsce się dzieje, też nie rdzewieją.

"Z Ryszardem Szurkowskim przyjaźnię się od wielu, wielu lat. Ryszard często bywa w Bazyliszku na spotkaniach z kolarzami. Zaglądają tu często Zenek Jaskóła, Czesław Lang...i inni. Wszyscy sportowcy, łącznie z piłkarską kadrą narodową, przewinęli przez moją restaurację. To samo tyczy się sportowców zagranicznych, bo być w Warszawie i nie jeść w Bazyliszku to się nie godzi."

Książka kucharska Jachacego

Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, że wielcy restauratorzy piszą książki. Pan Mieczysław chce być jednym z nich. Pierwszym zamysłem była pozycja traktująca o historii gastronomii warszawskiej widziana oczyma kucharza. Książka już nawet miała tytuł - Wspomnienia parzygnata. Obserwując luki wydawnicze zdecydował, że będzie to raczej poradnik dla Pań o tym jak bez stresu przygotować stół, jak go udekorować i jak podawać tradycyjne dania z polskiej i europejskiej kuchni.

"Od lat gromadzę materiały do tej książki. Nie będzie to taki kicz gastronomiczny z gatunku - tu przeczytam, tam usłyszę, coś się douczę i już wiem jak powinna smakować potrawa. Moja książka oparta będzie na rzetelnej wiedzy o kuchni polskiej i europejskiej. W książce zamieszczę dużo kolorowych ilustracji, zdjęć z Bazyliszka - między innymi jak szef wznosił tradycyjny toast na trzy razy z kanclerzem Kohlem i jak powinien być prawidłowo wypity. W tej książce będą też zawarte przypowiastki folklorystyczne... A tylko ludzie głupie jak nie piją przy zupie!

Ilekroć jestem w Warszawie chętnie odwiedzam pana Mieczysława i cieszę się, że tak dobrze i smacznie mu idzie. Przed wieloma laty uwierzył, że ludzie zawsze będą jeść i wygrał tym życie.

Nieważne, jaki system polityczny i w jakim kraju, dobry kucharz - a to serce restauracji - zawsze będzie potrzebny.

A moja wymarzona knajpeczka? Dzielą mnie od niej już nie przystanki tylko szlabany.

top