P O L S K A - G Ł O S    Z    E U R O P Y !




Anna Dymna dla wybranych
[Jolanta Nadzieja Szaniawska]

Szczęśliwym trafem dowiedziałam się, że w Ottawie bawić będzie znana aktorka Teatru Starego z Krakowa, założycielka Salonu Poezji w Teatrze im. Słowackiego i znana działaczka na rzecz ludzi potrzebujących wsparcia, założycielka fundacji użytku publicznego "Mimo Wszystko", odznaczona Medalem im. Brata Alberta - pani Anna Dymna.
Cel wizyty w ambasadzie RP wyjaśnia ulotka. Pani Anna, wraz z mężem Krzysztofem Orzechowskim, słowami wierszy księdza Jana Twardowskiego otworzą tam "Salon Poezji". Czytam dalej... O oprawę muzyczną wieczoru zadbać ma maestro Jan Jarczyk! Interesujące.

Natychmiast skontaktowałam się z attache kulturalnym ambasady, a będąc persona non grata za słowa krytyki (patrz Komunikaty Ottawskie i www.tnpolonia.com) w liście podparłam się członkostwem w Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i poprosiłam o dwie "wejściówki" plus pomoc w przeprowadzeniu wywiadu. Pomoc otrzymałam, dziękuję.

Polska poezja na obczyźnie, tak jej mało tu! Bez specjalnego echa przeszedł rok Zbigniewa Herberta. Może przy tej wyjątkowej okazji, choć o jeden wiersz poproszę? Zbiorek mam, a aktor przeczyta wszystko... Wybór padł na wiersz "Matka", a to z tej przyczyny, że my tu a one samotne tam, daleko.



Na to wyjątkowe spotkanie zabrałam ze sobą do ambasady RP panią Anię Kubiaczyk, osobę sparaliżowaną, biedniutką i samotną w kanadyjskim świecie. Ona możliwość osobistego poznania Anny Dymnej najlepiej doceni, i prawda! "Nasza Ania", jak ją tu nazywamy, chłonęła każde słowo aktorki, każdy gest, i była szczęśliwa, że jest, że może, że nawet zdjęcie, że dedykacja na nim...

A wieczór poezji? Wiadomo, poezja się sama obroni i o tym pisać, nie będę. Sprawozdania to już nie ja. Zamiast słów są zdjęcia. Dodam tylko, że było przyjemnie i aktorzy, walcząc z przeziębieniem (samolot!), klimatyzatorem (huczał) i skrzypiącymi schodami korytarza (kto tam ciągle łaził?) poradzili sobie i udało im się stworzyć klimat salonu, w którym goszczą muzy. Wirtuoz Jarczyk i jego studentki, bo dał młodzieży też grać, wzbogacili wieczór o to unikalne coś. Wielkie brawa, fachowcy! W części "rozmowa z publicznością" pani Anna opowiedziała o swojej Fundacji, że jako jedyna pracuje tam nieodpłatnie, o trudach, jakie musi pokonać, o ogromnych potrzebach, które nie mają dna, i że tu liczy się każda złotówka. Słowa swe wyraźnie adresowała do zaproszonych gości. Potem, otoczona wianuszkiem zainteresowanych, cierpliwie podpisywała zdjęcia, mówiąc - Jestem twarzą Fundacji!

W tym samym czasie w sali obok trwał wystawny bankiet, który zakończył spotkanie z okazji otworzenia "Salonu Poezji" w ambasadzie polskiej. "Nasza Ania" po raz pierwszy w życiu jadła krewetki.

Jolanta Nadzieja Szaniawska,
Ottawa, październik 2009

P.S. A wiersz? Nie powiedzieli, bo to nie koncert życzeń. No to ja, niedoszły adept PWST, wam powiem... Przymknijcie powieki, niech na tej scenie oka pojawi się Ona - Matka.

Matka
Upadł jej z kolan kłębek włóczki.
Rozwijał się w pośpiechu i uciekał na oślep.
Trzymała początek życia.
Owijała na palec serdeczny jak pierścionek, chciała uchronić.
Toczył się po ostrych pochyłościach, czasem piął się pod górę.
Przychodził splątany i milczał.
Nigdy już nie powróci na słodki tron jej kolan.
Wyciągnięte ręce świecą w ciemności jak stare miasto


Zbigniew Herbert





Gość Kawiarenki Nadziei - Anna Dymna
Anna Dymna Potrzebna
[Jolanta Nadzieja Szaniawska]



Do mego spotkania z panią Anną Dymną doszło przed jej występem w ambasadzie RP w Ottawie, a że miałam na rozmowę tylko dziesięć minut, więc przygotowałam się jak tylko mogłam najlepiej. Z szacunku do Osoby - Jej czas taki cenny i mój nie mniej.

Śledząc życie aktorki z kart książek "Ona to ja" i "Warto mimo wszystko" doszłam do wniosku, że miała ona szczęście do spotkania na swej drodze nietuzinkowych ludzi. Tak w ogromnym uproszczeniu...

Miłość do sceny zaszczepił w niej sąsiad - aktor Jan Niwiński, a prawdy o zawodzie, i że "sława to żart" nauczyła sama Zofia Jaroszewska. Życia, tego dorosłego i co w nim ważne a co blichtr - ukochany mąż Wiesław Dymny, a że są inni, słabsi i nas potrzebują ks. Tadeusz Isakowicz-Zalewski.

Pani Małgosiu witamy w Ottawie. Przecież dla rodziny jest pani Małgosią nie Anią, a my tu taką pani rodziną. Jak miło, że pani do nas przyjechała.

Anna Dymna (uśmiech) - Jestem ciekawa, czy ktoś przyjdzie? Bo to weekend się zaczyna...

Gdyby pani się spotkała z ottawską Polonią w Domu Polskim SPK, gdzie jest otwarta przestrzeń, gdzie każdy ma śmiałość zajrzeć - byłyby tłumy. Tu za zaproszeniami... ale proszę się nie martwic, przyjdą.
Jakiś czas temu bawił u nas pani przyjaciel, ksiądz Isakowicz-Zalewski i przywiózł książkę "Przemilczane ludobójstwo na Kresach". Cała sala Domu Polskiego SPK go witała, był fetowany jak ktoś ważny, wyjątkowy. Tematyka, jaką się od lat zajmuje, bo i lustracja, i ludobójstwo na Wołyniu, i Fundacja im. Brata Alberta wzbudza tutaj spore zainteresowanie.


Anna Dymna - On do was znowu jedzie.

Tak, z kolejną książką "Moje życie nielegalne", ale dziś najważniejsza jest pani. Pani Anno, grała pani w "Weselu" dziewczę Isię, i grała już dojrzałą Gospodynię... to taka symboliczna klamra, niczym zamkniecie jakiegoś etapu w życiu.

Anna Dymna - Gospodynię grałam w 91' roku i jakoś mi się nie zamknęło wcale. Tyle, że wydawało się, że to taka klamra...

Po urodzeniu dziecka ze zwiewnej dziewczyny zmieniła się pani w kobietę i "klamra" się rozszerzyła o nowy, też potrzebny na scenie typ urody. Mimo zmiany wyglądu, co u aktora może być końcem jego kariery, u pani było odrodzeniem.

Anna Dymna - W teatrze mam wciąż dużo pracy, dużo gram.

Gdyby dzisiaj miała pani okazję spotkać się z boginią Demeter, czyli z nieżyjącą już Zofią Jaroszewską, której pani partnerowała w "Nocy Listopadowej" (rez. A. Wajda, rok 1974), jako młodziutka Kora i która dawała pani tyle mądrych życiowo rad, to co by pani jej powiedziała?

Anna Dymna - Powiedziałabym, że bardzo jej dziękuję. Przyjaźniłam się z nią, jak byłam początkującą aktorką. Ona była wielkim moim przyjacielem, i ja słuchałam każdego jej słowa jak największego skarbu. Tak byłam wychowana, że się słucha starszych ludzi i bardzo dobrze na tym wyszłam. Dzięki niej nie popełniłam wielu błędów, dzięki niej mam taki dystans do rzeczy, które mogłyby mnie zniszczyć, a w tym zawodzie tak jest. Dzięki niej się nigdy nie załamałam, dzięki niej być może dziecko mam, dlatego, że ona mi mówiła różne takie tajemnice szczęśliwej niby aktorki. Ona mi mówiła, jaki to jest zawód, jak on jest okrutny, jakiego wymaga poświęcenia, jak trzeba być mądrym, aby się nie dać temu zawodowi zjeść i jak trzeba być mądrym, żeby czerpać z niego siły. Ona mi zdradzała różne tajemnice. Pani Zofia nigdy nie miała dziecka, co było jej wielkim kompleksem, ale ja byłam jej córeczką. Ona była szczęśliwym człowiekiem i do tej pory jest to mój ideał. Ona kochała życie i kochała młodych, a to w tym zawodzie naprawdę jest bardzo trudne, dlatego bo jednak się starzejemy. Aktorka robi to publicznie, więc jest to boleśniejsze. A poza tym razem ze mną starzeją się Ofelia, Julia...

i... widzowie.

Anna Dymna - Nie, role się starzeją, odchodzą, umierają dla nas te role. To jest strasznie bolesne. Jak trzeba mieć dobrze poukładane w głowie, żeby się nie załamać, żeby nie dać się zwariować, żeby nie zoperować sobie już wszystkiego, żeby nie starać się oddać duszy diabłu - trzeba w sobie znaleźć harmonię! Pani Zofia taką w sobie harmonię znalazła i ona coś mi z tego przekazała.

Jeżeli duszę sprzedać diabłu, to tylko żeby ratować ukochanego mężczyznę Małgorzato (przyp. aut. aktorka grała główną role w sztuce "Mistrz i Małgorzata")?

Anna Dymna - Zaprzedałam kiedyś duszę diabłu i zawsze bym to zrobiła, żeby ratować mężczyznę i jego dzieło.

No właśnie... to Wiesław Dymny - malarz, pisarz, poeta, aktor, twórca słynnej Piwnicy Pod Baranami, postać kultowa. W Krakowie znali go wszyscy. Była pani bardzo młoda, gdy została jego żoną? Czy pani kontynuuje rady męża, czyli to, w czym pani rosła?

Anna Dymna - Dymny nie żyje już trzydzieści lat. Ja przy nim dorastałam. To jest trochę tak, że prosto od rodziców poszłam w ręce męża. A gdzieś się tak jakoś stało, że ja byłam tak samo wychowywana jak on. Myśmy byli prawie jak brat i siostra ...tylko, że on był ode mnie starszy. On mnie nauczył takich rzeczy, które są jakby podstawą mojego życia, on mnie zakorzeniał. Nie dość, że mnie uczył być kobietą, aktorką. Po pierwsze powiedział, że jak mi uderzy do głowy woda sodowa, to mnie zabije, że muszę wszystko robić swoimi rękami. On mnie nauczył takiego stosunku do rzeczywistości, którego do tej pory słucham i jestem szczęśliwa jak wszystko umiem sama zrobić. Ja się nie boję żadnej pracy, ja się nie wstydzę ludzi, ja szanuję ludzi prostych, nie kombinuję, nie kalkuluję. Ja myślę, że ja taką gdzieś byłam, ale do tej pory... bardzo tego pilnuję. I rzeczywiście w takich najtrudniejszych momentach, kiedy stoję przed jakimś wyborem, zawsze tak gdzieś pytam - "Co by zrobił Wiesiek?"

Jestem pewna, że gdyby teraz Dymny zobaczył, czym się pani oprócz aktorstwa zajmuje, to byłby bardzo dumny. Myślę, że urodziła się pani pod szczęśliwą gwiazdą. Dlaczego? Bo umie pani brać, aby dawać. Myślę tu o Fundacji "Mimo Wszystko". Jest pani też doskonałą aktorką, jak pani od tej roli Isi z "Wesela" ruszyła to do dziś się nie może zatrzymać!

Anna Dymna (uśmiech) - Gram Hajduczka teraz... Mam 58 lat, a czemu nie? Szkoda, że ludzie tak umierają...

Czy pani nie myśli, że to nie była taka zwykła śmierć? Młody, zdrowy mężczyzna i nagle znajduje go pani martwego?

Anna Dymna - Nie chcę na ten temat rozmawiać. Jak mnie zaproponowali, czy chcę zobaczyć teczki Dymnego to zapytałam, czy jest tam wyjaśnienie jego śmierci? Nie ma tam wyjaśnienia i ja nie chcę widzieć jego teczek. Ja chcę iść do przodu, nie będę rozgrzebywać tego, bo on nie zmartwychwstanie, nic mi to nie da, a ja umrę po raz któryś. Po prostu nie chcę. Ja nie chcę w tym grzebać.

Mąż wrogów mógł mieć wielu... Występy w "Piwnicy Pod Baranami" były pod okiem SB, TW węszyli wszędzie.

Anna Dymna - Wiesiu nie miał wrogów. Był wolnym człowiekiem.

Nie, to nie tak - był określony politycznie i występował w Piwnicy! Jak mógł być wolnym człowiekiem w niewolnym kraju?

Anna Dymna - Ten ustrój był wrogiem każdego wolnego człowieka, a Wiesiu był wolnym człowiekiem i innym nie umiał być. On nie należał do żadnych stowarzyszeń, ugrupowań. Był wolny.

Tak, ale będąc dwa lata przed śmiercią na "przeszkoleniu wojskowym" w Hrubieszowie a potem w Lipie mógł się jeszcze bardziej określić w swojej wolności i komuś się nie spodobać. ( przyp. red. był Czerwiec 76', rozruchy w Radomiu, czyli alarm dla SB.)

Anna Dymna - Teraz, jak byłam w szpitalu to przepisywałam listy Wiesia z tego internowania, co się wtedy nazywało "przeszkolenie wojskowe". Był tam z Adasiem Zagajewskim i Staszkiem Stabro (przyp. red. krakowscy poeci). Takie biedne chłopaczki były, i Wiesio też tam był. I to, co się tam działo jest dziwne. Ludzie kiedyś byli jak dzieci czyści... Ja czytam listy tego Wiesia, który opisuje, co się tam w tym wojsku działo. I jak on okropnie cierpiał, że mundur, jednak z orzełkiem, czapka z orzełkiem jest tam tak zbrukana, że to wszystko jest takie bez sensu. On pisze tam przerażające rzeczy. Człowiek był wtedy młody, cieszył się każdą chwilą, miłością, wszystkim i nie zastanawiał się nad tym, gdzie myśmy żyli. To rzeczywiście były straszne czasy. Jak mi tam pisze, że on właściwie nie wie, czy on wróci? I człowiek dopiero teraz wie, że to była prawda. Pamiętam, - Nie otwieraj Aniczka nikomu drzwi. Nie wpuszczaj nikogo.
Z tych listów chcę wydać książkę.

Wydać koniecznie trzeba! "Przychodzimy, odchodzimy leciutko na paluszkach..." śpiewano w Piwnicy. Czy "internowanie" męża nie było przedsionkiem Jego śmierci? A pożar strychu, na którym mieszkaliście groźnym sygnałem?

Anna Dymna - Myśmy mieszkali na ulicy Bitwy pod Lenino i tuż nad matką księdza Tadeusza Isakowicza-Zalewskiego. On tam był zresztą skatowany, w tej piwnicy. Ja księdza wtedy w ogóle nie znałam, jak mnie zaprosił do swoich niepełnosprawnych podopiecznych to ja nie wiedziałam, że to jest on. Ja w ogóle żyłam w innej przestrzeni, ale to były takie straszne czasy...
Pytała pani o śmierć Dymnego? Nie chce do tego wracać, bo ja się nigdy nie dowiem prawdy. My się spotkamy przy tym ognisku niebieskim, i Wiesiu mi wszystko opowie.

Ksiądz Isakowicz-Zalewski to niebywała postać! Myślę, że poznanie księdza to był taki dobry punkt na mapie pani życia?

Anna Dymna - To jest niesamowity człowiek. On ma trzydzieści schronisk dla osób niepełnosprawnych intelektualnie w Polsce. O tym nikt nie mówi, o tym nikt nie pisze. To jest człowiek, który mnie nauczył kontaktu z tymi ludźmi. Ja widzę jak on funkcjonuje, jak się z nimi przyjaźni, jak on to wszystko organizuje. On ma taką siłę! Teraz się o niego martwię, bo zajmuje się za trudnymi sprawami. Czasami do niego mówię, weź stań na chwileczkę, odetchnij. Idźmy do przodu, tam w tę jasność... Przestań oglądać się do tyłu. Mnie jest czasami szkoda, że tyle energii idzie na rozliczania. Nie będę się na ten temat wypowiadać, ja jestem kobietą, ja bym chciała ratować świat. My razem pracujemy na rzecz tych samych podopiecznych, ale mamy inny styl funkcjonowania. Ja zawsze się uśmiecham, mówię, że jest świetnie. Jak się staram o pieniądze, to mówię, że mam już bardzo dużo. Mam złotówkę, więc jakby mi pan dał 50 gr. to będę miała złoty pięćdziesiąt. I ksiądz to się ze mną zawsze droczy, że taka zawsze zadowolona chodzę. Oczywiście, że ja to sobie specjalnie wywołuję, bo wiem, że uśmiech rodzi uśmiech i że takie dobre myślenie rodzi dobre myślenie. To są niby slogany, ale to jest prawda, szczególnie w tej działalności naszej, która polega na zaufaniu. Bez zaufania ludzi my nie zrobimy niczego, a rzeczywistość, w której żyjemy zabija zaufanie międzyludzkie. Okropne rzeczy działy się w ostatnich czasach, kiedy człowiek przestał ufać człowiekowi, bo na każdego był hak. To nie sprzyja takiemu działaniu jak na przykład fundacja. Jestem całkowicie apolityczna, bo żeby coś takiego robić jak praca dla fundacji, to trzeba być apolitycznym.

W TVP Info ruszył wasz wspólny program "Niepotrzebni" (dostępny na www.youtube.com) To cenna inicjatywa, i dzięki Bogu, że jeszcze są ludzie, którzy chcą za program płacić, że jeszcze jest telewizja publiczna!

Anna Dymna - Graficznie to będzie tak - "nie" skreślone i będzie "potrzebni". Nagrałam już pierwsze dwa odcinki. Będzie to program informacyjno-interwencyjny dla osób niepełnosprawnych.

Niech pani i ksiądz Tadeusz wytrwają w tym pomaganiu, w którym nie ma dna. I przy okazji pragnę podziękować za programy muzyczne, a szczególnie ten bożonarodzeniowy, w którym wystąpiła niepełnosprawna, ale jak wielce utalentowana młodzież (!)
Widzowie TV Polonia z dalekiej Ottawy sercem byli z Wami. W moim domu popłynęły łzy tęsknoty i wzruszenia.
Pani Anno - jest pani nam POTRZEBNA! "Nie" - na zawsze skreślić!


Rozmawiała Jolanta Nadzieja Szaniawska
Ottawa, 05 X 2009




B i o g r a f i e

Anna Dymna z domu Dziadyk (ur. 1951) Pochodzi z rodziny o korzeniach ormiańskich. Studiowała w PWST w Krakowie, którą ukończyła w 1973 roku. Już w 1969 r. zadebiutowała rolą Isi w "Weselu" Wyspiańskiego. Po raz pierwszy zagrała w filmie w 1971 r. "Pięć i pół bladego Józka" Henryka Kluby wg scenariusza przyszłego męża aktorki, Wiesława Dymnego. (12 lutego 1978 Dymny nagle umiera). Po studiach została zaangażowana do Starego Teatru, w którego zespole pozostaje do dziś. Ma w dorobku blisko 250 ról teatralnych i filmowych, z których wiele wiązało się ze współpracą z najwybitniejszymi polskimi reżyserami: Andrzejem Wajdą, Konradem Swinarskim, Jerzym Hoffmanem, Izabellą Cywińską, Kazimierzem Kutzem, Teresą Kotlarczyk, Tadeuszem Konwickim i Barbarą Sass. W 1990 roku aktorka została pedagogiem w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie, gdzie pracuje do dziś. W 1999 rozpoczęła współpracę z Fundacją im. Brata Alberta i jej prezesem ks. Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim, pomagając przy realizacjach spektakli Teatrzyku "Radwanek", którego aktorami są osoby niepełnosprawne intelektualnie.
W 2001 była pomysłodawczynią Festiwalu Twórczości Teatralno-Muzycznej Osób Niepełnosprawnych "Albertiana". W 2003 roku założyła fundację "Mimo wszystko" (www.mimowszystko.org), której ideą jest "wyrównywanie szans pomiędzy ludźmi niepełno i pełnosprawnymi - usuwanie barier mentalnych, które istnieją między ich światami". Za działalność społeczną została odznaczona m.in. Medalem im. Brata Alberta (2000), Medalem Województwa Małopolskiego (2006), tytułem Kobieta Roku miesięcznika Twój Styl (2007) oraz wieloma innymi wyróżnieniami.

Wiesław Dymny (1936 - 1978) Urodzony w Połoneczce (dziś Ukraina), studiował malarstwo na ASP w Krakowie. Współpraca scenariuszowa z Henrykiem Klubą zaowocowała filmami: "Chudy i inni", "Słońce wschodzi raz na dzień" i pociętym przez cenzurę "Pięć i pół Bladego Józka". Zagrał m.in. kunsztowny epizod husarski we "Wszystko na sprzedaż" Wajdy, u Kutza - w "Ktokolwiek wie" i "Soli ziemi czarnej" oraz u Różewicza - w "Pasji". Dymny napisał ponad 300 tekstów piosenek m.in. dla pierwszej rodzimej grupy beatowej "Szwagry" i Ewy Demarczyk ("Czarne anioły" z muzyką Zygmunta Koniecznego). Za tom "Opowiadania zwykłe" (1963), przetłumaczony na kilkanaście języków, otrzymał Nagrodę im. Kościelskich. Współtwórca legendarnej Piwnicy Pod Baranami. To on jest autorem historycznej karty wstępu na pierwsze spotkanie klubu 1955. Pisał teksty, grał, robił scenografie - Piwnica była jego domem. W swojej twórczości inspirował się przede wszystkim Biblią (napisał np. własną wersje "Pieśni nad Pieśniami") oraz światem prowincji, zwłaszcza wschodniej. Część jego notatek pochłonął pod koniec 1977 r. pożar domu, pozostałymi bogatymi zbiorami opiekuje się Anna Dymna. Zmarł z niewyjaśnionych dotąd przyczyn 12 lutego 1978 r. Miał 42 lata. Spoczywa na Cmentarzu Salwatorskim w Krakowie.

Polecam film dokumentalny - "Komeda" gdzie występuje plejada wspaniałych postaci m.in. Wiesław Dymny. www.edumedia.pl/kino/komeda.htm



top