P O L O N I A    K A N A D Y J S K A



Gość Kawiarenki Nadziei - Ewa Gudrymowicz- Schiller
"Książki towarzyszyły mi zawsze w życiu."
[ Jolanta N. Szaniawska ]



Niezbadane są drogi ludzkich spotkań. Moja z pisarką Evą Gudrymowicz- Schiller wiodła przez polski sklep, gdzie 'mydło, powidło' w tym i KSIĄŻKI! Dziwny to widok, przecież mięsny nie księgarnia, no ale jak tu dotrzeć do polskojęzycznego czytelnika, jeśli nie przez kiełbasę i pączki? To właśnie jest ten kłopot, bo miejsca takiego w Ottawie nie ma. Powieść 'Do widzenia profesorze' Evy Gudrymowicz-Schller, bo o niej tu mowa, natychmiast kupiłam, gdyż rodzimych pisarzy z...Kanady popierać trzeba! Trud wydania książki jest tak ogromny, że to są dla mnie prawdziwi 'bohaterowie polskiego słowa'! I chwała im za to.

Tak to w mym domu zagościła Eva, wirtualnie rzecz jasna, i jest w nim do dziś. Mamy już za sobą kilka wspólnie wypitych kaw, ja przy swoim biurku ona przy swoim i godziny rozmów o wszystkim, co ważne w życiu kobiety tu na obczyźnie. Do tej pory Eva Gudrymowicz- Schiller wydała dwie powieści - "Boczna Uliczka" (2006) i "Do widzenia, Profesorze..." (2008). Publikuje w miesięczniku 'Kalejdoskop' i 'Biuletyn montrealski' cykl nowelek, pod wspólnym tytułem, "Portrety Kobiece". Torontoński 'Goniec' aktualnie drukuje w odcinkach powieść "Do widzenia, Profesorze " i tyle, albo aż tyle. Eva wie, że polski rynek jest w Polsce. Próbowała i nadal próbuje wydać tam obie książki, ale niestety bez skutku.

---- Droga Evo, bardzo się cieszę, że kupując pączki trafiłam na Twoją książkę. Uważam to za miłe zrządzenie losu i poparcie...dla mnie samej. Ja też piszę tu w innym niż angielski języku. To takie działanie 'pod prąd', bo przecież od Polski dzieli nas szerokość oceanu a 'ojczysty rynek' w Kanadzie jest dość ograniczony. Skąd u Ciebie ta pasja pisania? Czy jest to syndrom nie zrealizowanej polonistki, którą los wypchnął z Kraju, a ona żyć nie może bez słowa polskiego?

Eva - Książki towarzyszyły mi zawsze. W rodzinnym domu czytali wszyscy, rodzice i sporo starsi ode mnie brat i siostra. Ale to ojciec- Marian Żebrowski * który z racji zawodu, był zecerem, miał do czynienia z książkami przez całe życie, nauczył mnie miłości i szacunku do książek i miłości do poezji. To z jego ust poznawałam pierwsze wiersze Mickiewicza, Słowackiego i innych poetów. Poniosłam to potem w swoje dorosłe życie, wdzięczna rodzicom za ten dar. Pisaniem wierszy parał się mój ojciec od dawna nigdy jednak nie ich publikował, a część jego zapisków zaginęła w czasie zawieruchy wojennej, długo przed moim urodzeniem. Nieliczne wiersze ojca, które ocalały, przechowuję jak największy skarb. Ja tak jak On zaczęłam próbować swoich sił w pisaniu, najpierw były to wiersze, krótkie nowelki i opowiadania, lecz i one też trafiały do szuflady. Pierwszy swój wiersz napisałam w wieku 13 lat, ale każdy z nas przecież kiedyś pisał jakiś wiersz? Przez to trzeba było przejść, jak przez ospę. Nie, nie skończyłam polonistyki. Przez lata pracowałam w "Składnicy Księgarskiej", ekspediując książki w różne strony świata, wszędzie tam, gdzie znajdowała się choćby najmniejsza, spragniona ojczystego słowa, Polonia.

---Kiedy zaczęłaś pisać 'na własny rachunek', czyli z myślą, że to gdzieś opublikujesz?

Eva - Zawsze coś tam skrobałam, wiersze, jakieś nieduże opowiadania, ale większość z tych prac została w Polsce i nawet nie wiem gdzie bym miała ich teraz szukać. Ponieważ nie wydawałam i nie myślałam o tym, że kiedyś coś wydam, więc nie przywiązywałam do tego wagi. Nie, może nie tak, wagę przywiązywałam zawsze, ale nie uważałam swej twórczości za dość dobrą do pokazania innym... Czasami jakiś wiersz dałam do przeczytania przyjaciółce. Pisałam jednak dla siebie, z jakiegoś wewnętrznego musu, ale myśl o napisaniu książki i zarysy fabuły były we mnie od długiego czasu. I to jest chyba to, co zmusza do chwycenia za pióro. Nosisz w sobie zarodek, i z każdym dniem on się rozrasta, kiełkuje, przybywa mu listków, aż w pewnej chwili jesteś gotowa do tego, żeby chwycić za pióro. I to dosłownie. Moją pierwszą książkę pt. "Boczna Uliczka" napisałam w połowie ręcznie (do tej pory trzymam ten rękopis) i dopiero drugą połowę książki kończyłam na komputerze a potem oczywiście przepisywałam resztę. Pisałam po pracy, w weekendy, w bezsenne noce. Kiedy wpadł mi do głowy jakiś zwrot czy sentencja, zapisywałam, gdzie się dało, na tym, co miałam pod ręką. Często jednak te moje karteluszki gdzieś się rozpływały, więc kupiłam sobie mały kieszonkowy magnetofon i już od dawna tego używam. Jest to zwłaszcza wygodne, kiedy prowadzę samochód. Tak, że czasu na pisanie miałam niewiele, dlatego obie książki pisałam kilka lat. Teraz jest nieco inaczej, kiedy nie pracuję już zawodowo.

---- W tym roku mija 23 lata od Twojego wyjazdu z Polski... Lata osiemdziesiąte to trudny czas dla polskiego narodu. Stan wojenny zniszczył 'Solidarność', służby bezpieczeństwa wraz z wojskiem rządzą krajem, swoich 'Bolków' mają wszędzie i bezkarni uwłaszczają się na majątku Ojczyzny. Duża część społeczeństwa wiedzie szare, bez nadziei na lepsze, życie. Co odważniejsi, nie mówię tu o 'oddelegowanych' przez SB, opuszczają Polska. Zachód traktuje uciekinierów z systemu totalitarnego z ogromna wyrozumiałością. Proszę powiedz, dlaczego i Ty zdecydowałaś na wyjazd? Czemu właśnie Kanada?

Eva - Kanada, dlatego, że dwa lata wcześniej osiedliła się tu moja przyjaciółka, od pierwszej klasy szkoły podstawowej. Ona też była niejako motorem, a przynajmniej starterem do tej decyzji, i olbrzymią pomocą. W Polsce w tym czasie, nie miałam już prawie nikogo bliskiego. Rodzice i brat już nie żyli, żyła jeszcze wtedy moja siostra, która miała swoją rodzinę, syna i wnuczkę. Moje rodzeństwo było sporo starsze ode mnie, jako, że dla moich rodziców po 13 latach przerwy zjawiłam się jako niespodzianka. Byłam już kobietą rozwiedzioną z dwojgiem dzieci, z których jedno miało 13 lat a drugie 6. Pracowałam, dzieląc swój czas na odbieranie, dziecka z przedszkola, sprawdzanie lekcji starszemu, stanie w kolejkach po wszystko i wiązanie końca z końcem od wypłaty do wypłaty. Aha, żebym nie zapomniała o paleniu w piecach, kuchni węglowej i walczeniu o przydział każdej tony węgla. Tak, tak...choć Warszawa, to jednak stare budownictwo. Nie będę tego wspominać, bo doskonale pamiętamy to uganianie się za prawie wszystkim ... od trampek dla dziecka do szkoły, po kawałek lepszej kiełbasy. Poparte to było wielogodzinnym staniem w kolejkach, bo tam właśnie coś rzucili, i do końca nie było wiadome, co i czy starczy dla tych z końca kolejki. Chaos, zamęt, paranoja. Poza tym w Polsce w tym czasie panowała taka beznadziejność, marazm, wyglądało na to, że nic nigdy się tam nie zmieni. To był też czas niedawnej śmierci księdza Jerzego Popiełuszki, Grzegorza Przemyka, krzyży z kwiatów układnych na Krakowskim Przedmieściu i szykanowanej za to młodzieży studenckiej. Człowiek czuł w sobie taką bezsilność wobec tego, co się działo i miał świadomość własnej niemocy. Słowem niewiele mnie tam trzymało, perspektywy dla dzieci i co tu ukrywać dla mnie też nie rysowały się obiecująco.

----Tak, o tym zawsze trzeba pamiętać, że Polska to był kraj niewolniczy, taka satelita Sowietów, gdzie rządzili komuniści a reszta społeczeństwa była trzymana na smyczy w ogonku! Kiedy myśmy pakowały walizki, czerwona Familia ukradkiem z komunistów zamieniała się w kapitalistów...i ani myślała salwować się ucieczką. Dziś to już wiemy, ale wtedy...? Dla z nas 'maluczkich' opuszczenie Ojczyzny było rozwiązaniem na życie. Evo, w twoim przypadku wyjazd z dwojgiem dzieci w nieznane wymagało ogromnej odwagi. Jaka 'droga', kręta nad przepaścią czy prosta, przywiodła Cię do Kanady?

Eva - Do Kanady przyjechałam przez obóz w Italii, czyli raczej droga była nieco kręta. Niemniej jednak, teraz po latach bardzo dobrze wspominam ten okres, choć wtedy to jednak była nerwówka. Jak już mówiłam, pomogła mi moja przyjaciółka, od zawsze, która, już mieszkała w Kanadzie i wraz z mężem sponsorowała nas.

---- O obozie dla uchodźców i początkach życia w Kanadzie piszesz w książce "Do widzenia, Profesorze...". Czy główna bohaterka powieści, choć w części jest Tobą? Czy jej przeżycia są Twoimi? Czy może jest to pamiętnik wzbogacony o fikcje?

Ewa - To pytanie, zawsze jest mi zadawane, zarówno, jeśli chodziło o moją pierwszą książkę jak i tą. Nie, to nie pamiętnik wzbogacony o fikcje, a raczej fikcja wzbogacona obserwacjami z życia, scenami czy zdarzeniami. Główna bohaterka może być każdą z nas. Niejednokrotnie zdarzało mi się na spotkaniach z czytelnikami, że jedna czy druga pani, powiedziała mi - "wiesz, to jest tak, jakbym czytała książkę o sobie". To, że akurat tu występuje profesor, to nie jest najistotniejsze, bo ten drugi człowiek może być, szefem, sąsiadem, kolegą ze szkoły, czy kimś spotkanym w tramwaju. Chodzi o to, że ta miłość jakkolwiek, nieodwzajemniona, a przynajmniej nieodwzajemniona przez długie lata, nie była miłością nieszczęśliwą.

----Wyjeżdżając z Polski zostawiliśmy tam najbliższych, za którymi tęskniliśmy...Wiem, bo ten stan ducha towarzyszy mi do dziś. W książce 'Do widzenia, Profesorze...' rodzina głównej bohaterki jest rodziną idealną. Brat czuły, bratowa jak siostra...Pada zdanie, mniej więcej takiej treści, że 'mój dom Twoim domem, wracaj, kiedy chcesz, czekamy'. To mnie właśnie wzruszyło.

Eva - Czy ja wiem, czy taka idealna, zdarzają się jak w każdej rodzinie nieporozumienia, czy sprzeczki, dramaty. Ale chciałam mojej bohaterce dać naprawdę kochającą rodzinę, rozumiejącą ją, skoro tyle innych spraw w jej życiu nie wyszło. Postać brata Kai, jest trochę wzorowana na moim nieżyjącym już bracie, który miał to samo imię.

----No to czas na pytanie z gatunku - ja emigrant. Jakie były Twoje początki życia w Kanadzie? Pierwsze wrażenia...pierwsze sukcesy i porażki.

Eva - Początki życia w Kanadzie, były jak u prawie wszystkich dość trudne. Zaczynało się od łyżeczki. Ja na szczęście miałam tu przyjaciół, którzy jak już wspomniałam, nas sponsorowali, i przez pierwsze trzy miesiące dawali u siebie gościnę. Byli również przewodnikami po zawiłych sprawach biurowych i wszystkich innych, odmiennych od tych, które znaliśmy w Polsce. Pierwsze wrażenia były dosyć chłodne i to naprawdę, nie w przenośni. Wylądowaliśmy w Kanadzie pod koniec lutego, ze słonecznej Italii, Kanada pełna śniegu i dość mroźna, zachwyciła moje dzieci i ale mnie też. Przyjechałam w ogóle bardzo pozytywnie i optymistycznie nastawiona i dziś po latach, choć tak jak u wszystkich było i "pod górkę i z górki", mogę stwierdzić, że to była dobra decyzji. Pierwsze sukcesy i rozczarowania... Te mniejsze początkowo były na każdym kroku. Wystarczyło być zrozumianym przez sprzedawczynię sklepie lub urzędnika w biurze, bez pomocy rąk i nóg, i to był już powód do radości i dumy. Ja raczej jestem optymistką i rozczarowania, nawet, jeśli były, to odeszły już w niepamięć. Niewątpliwym i najważniejszym sukcesem są dla moje dzieci, które wychowałam sama i wyrosły one na myślących i otwartych na świat ludzi. A sukcesy? Mam nadzieje, że te największe to są jeszcze przede mną.

---- W Kanadzie pierwszym zadanym pytaniem jest 'What are you doing for living'. Czym się zajmowałaś by nie umrzeć z głodu?

Eva - Zaczynałam jak wszyscy od pierwszej złapanej pracy, czyli najpierw była fabryka na nocną zmianę, ale niedługo, bo lęk o dzieci zostawione same w nocy wykończył mnie w trzy miesiące. Zmieniłam zmianę i pracę, a w międzyczasie poszłam do szkoły podszkolić angielski, a potem do College, i po jego skończeniu przez lata pracowałam w Czerwonym Krzyżu jako opiekunka społeczna, a potem w domu starców jako asystentka pielęgniarki. Aktywna zawodowo nie jestem od 4 lat, i szalenie mi tego brakuje.

---- Czy dzieci zaakceptowały ten nowy, kanadyjski świat dresów i czapeczek z daszkiem?

Eva - O tak, i to chyba szybciej niż ja. Nie miały takiego problemu z angielskim jak mama, mój syn uczył się angielskiego w Polsce, wiec już od początku się umiał dogadać, a siedmioletnia córka przebywając w szkole i rozmawiając z koleżankami chłonęła język jak gąbka. A w tym wieku jest to jednak najważniejsze, być zrozumianym przez rówieśników, i nie odstawać za bardzo... na przykład nieznajomością języka. Poza tym przyjeżdżając do Kanady do przyjaciółki, która ja znałam od szkoły podstawowej, a nasze dzieci znały się od urodzenia, przyjeżdżaliśmy do kogoś bliskiego, prawie do rodziny. Nasze dzieci, choć już dorosłe i zdają sobie doskonale sprawę, że nie łączą ich żadne więzy krwi, nadal uważają się za kuzynów. To, że oczekiwał nas tu ktoś bliski i serdeczny niewątpliwie ułatwiło adaptację w nowym środowisku i mnie i dzieciom.

---- Czy ułożyło Ci się życie prywatne? Dom z ogrodem, ogień w kominku, kwiaty na stole, łaszący się do nóg kot, pies...Rozumiesz, równowaga w sercu i portfelu.

Eva - W życiu jak to w życiu jest i bardzo dobrze i czasami zupełnie źle, ja nie byłam wyjątkiem u mnie, też się mieszało, ale teraz od 10 lat mogę powiedzieć, że zaczęło się prostować. Mam swoje miejsce na ziemi i męża, z którym chcę się zestarzeć. Czy to dużo? Dla mnie wszystko! Pytasz o moje czworonogi....Są! To temat, na który mogę mówić godzinami. W domu pojawił się najpierw Prince, jako 6 tygodniowy pudelek. To imię Prince, dostał drogą losowania, ale coś w tym musi być, bo on zachowuje się jak przysłowiowy książę. Byle czego nie zje, na deszcz nie wyjdzie, a kiedy jest trawnik mokry, ale jest przy nim krawężnik, to Prince jak baletnica przejdzie po nim, żeby broń Boże nie zamoczyć łapek. Prince nigdy nie reaguje na pierwsze wołanie, zawsze każe siebie prosić i to czy do jedzenia, czy wyjścia na dwór. Nawet z latami to się nie zmieniła, ale teraz to bardziej kładę na karb problemów słuchowych, jako, że Prince ma już prawie 15 lat. Smokey, jest córką Princa i ma lat 13. Jest zupełnym przeciwieństwem swojego taty, nie ma jego dostojności w zachowaniu, ale ma śmiejący pyszczek i ogromne kochające serce. Dla niej wszyscy to przyjaciele, kot z sąsiedztwa, żółw spotkany na spacerze, papużka, która kiedyś była w domu, inkasent z elektrowni i każdy, kto znajdzie się w jej polu widzenia. Jest szalenie ufna i wszystkich obdarza jednakową miarką swojej adoracji, czy delikwent chce tego czy nie. W domu od prawie 13 lat jest zawsze w moim pobliżu, dwa kroki ode mnie, kiedy jestem w kuchni siedzi po stołem i śledzi moje ruchy, lub leży pod biurkiem, kiedy piszę, na dywaniku łazienki, kiedy się kąpię. Gdzież i u kogo można znaleźć wierniejszą i bardziej wymowną, bezwarunkową miłość. Trzecia, jest Kicia. Kicia ma dwa lata i jest bardzo dystyngowaną, szalenie niezależną kotką, która nie pozwala sobie na spoufalanie. Wprawdzie ma czasami chęć na pieszczoty, ale zawsze to inicjatywa wychodzi od niej, jak również zakończenie karesów. Nie lubi być brana na ręce, czasami jedynie łaskawie przyjdzie i przytuli się do mojej szyi, lub pleców, kiedy leżę z książką na kanapie. Zostaje wtedy nieruchomo tak długo jak się da, bo zmiana pozycji, oznacza, niezadowolenie Kici i w konsekwencji jej odejście. Generalnie, wśród moich czworonogów, Kicia jest największą indywidualnością i nie pozwala psom o tym zapomnieć. Kicia jest również ulubienicą mojego męża i z absolutną wzajemnością. Budzi go rano do pracy, czeka na schodkach po południu na jego powrót, i razem z nim wchodzi do domu. I tam mu się skarży jak była samotna i biedna, kiedy jego nie było.

---- Jak ślicznie mówisz o swoich czworonogach. Wiesz, ja od zawsze lubiłam zwierzęta, a w pamiętniku na pierwszej stronie wykaligrafowałam słowa 'Nieczułego na niedole zwierząt i ludzka niedola nie wzruszy.' I tam mam do dziś. Evo, pisarz to osoba twórcza, często zawieszona myślami miedzy niebem a ziemia, mające pasje, szalone marzenia a z nimi idące ogromne plany, czy tak?

Eva -Moją pasją są jak zawsze książki, zarówno te czytane, jak i pisane, bo pisać też lubię. Mam i drugą pasje, może mniej chwalebną, ale kto powiedział, że pasja musi być chwalebna. Lubię od czasu do czasu skoczyć do Casina. Poza tym uwielbiam podróże. I jeśli przechodzimy do marzeń to jest ich kilka, mam nadzieje, że większość się spełni zanim odejdę z tego padołu. Chciałbym pojeździć trochę po świecie, zobaczyć inne kontynenty, kraje no, ale przede wszystkim jeszcze mi zostało trochę Kanady do obejrzenia. Chciałabym również i tu jestem na granicy marzeń i planów- wydać moje obie książki w Polsce. Jest to bardzo trudne do zrealizowania, ale wierzę, że mi się uda. A najbliższe plany, skończyć generalny remont domu, który z mężem ciągniemy już ponad rok. A remont jest naprawdę generalny, bo zmieniamy prawie wszystko. Poza tym wybieram się wiosną do Polski, po 15 latach od ostatniej wizyty. Mam również plany zostać babcią, ale niestety w tym wypadku nie ode mnie to zależy, bo gdyby zależało, już dawno bym czytała wnusi polskie bajeczki. I ogólnie mam w planie pisać dalej. Kolejne książki, kolejne odcinki nowelek, kolejne wiersze...

----Może podróże zaczniesz od Ottawy i spotkasz się z czytelnikami swoich powieści? Czary mary i już siedzimy ramie w ramie na Twoim spotkaniu autorskim, co? To byłoby miłe! Więc do zobaczenia.

Jolanta Nadzieja Szaniawska

PS. Ewa Gudrymowicz- Schiller wierzy w potęgę Internetu i chętnie "via space" nawiąże kontakty z czytelnikami. Adres pisarki: gwiazdzista@rogers.com



*Wiersze Mariana Żebrowskiego, pseudonim literacki - Emżet

Warszawa,5 listopad 1969 r.
Żniwa

Kto nie zna życia prawdy,
A chciałyby poznać ową-
Musi się wstrzymać od wzgardy
Lecz przeżyć ja duchowo...

Wyrabiać swa wole i zwalczać pokusy,
Wyplenić egoizm, lenistwo i pychę-
Przez cierpienia i walkę skasujesz minusy,
I wtedy ułoży Ci się życie ciche.

Bo życie człowieka jak jesienne żniwa
Jeśli pogoda dopisze - to piękne są zbiory
Lecz gdy spalona słońcem wysuszona niwa,
To zbierzesz, ale tylko prawie puste wory

Warszawa 12 listopad, 1969
Starość

Mijają lata,, dni noce, godziny,
Dążymy wszyscy do wielkiej nicości,
Jak zapora wodna, co porusza młyny...
Tak my zbliżamy się już do starości!

Lecz by się nie dać- mieć wielkiego ducha,

Choć czas przecież się nigdy nie wróci!
Niech serca nasze zagrzeje otucha
I młodość ze starością niechaj się nie kłóci
Trzeba pogodzić się z prawem natury,
Nigdy nie płynąc pod prąd życia -rzeki,
Nie zważać wcale na jesienne chmury,-
I wtedy do starości czas będzie daleki!

W-wa 10 marca 1970
Córce Ewie poświęcam...

***
Czas bieży- zbliża się osiemnaście lat
Gdy z dziewoi staniesz się kobietą
Wtedy dopiero poznasz świat
Z jego urokami, smutkami i podnieta
Radzę Ci przez życie twardo iść
Bo silny pokonuje słabego
Tak jak w przyrodzie zielony liść
Oprze się podmuchom wiatru silnego
Pokonuj przeszkody, troski i zmartwienia
Bo życie nie składa się z samych radości
A wtedy może spełnią się marzenia
Gdy znajdziesz drogę do wielkiej miłości
Dużo by można pisać na ten temat
Ale zakończyć trzeba cztery zwrotki,
Jest niewyczerpany miłości poemat
Lecz jest dość śliski tak jak w sporcie wrotki

Warszawa, 8 czerwca 1970
Pod rozwagę... dla nastolatków!

Lenistwo jest wielka wadą,-
Niepunktualność - lekceważeniem...
Praca jest w życiu zasadą!
Nadziei, marzeń- pragnieniem.

Więc każda z Was, nastolatek,
Niech wyrwie precz te chwasty,
A wtedy przyjdzie i dostatek-
Nie zabraknie ciuszków, ni omasty

Do góry głowy córy Ewy!
Nie miejcie dwie lewe ręce.
Powiem wam tylko tym słowy;
Że nie będziecie żyć w udręce.

Znajdziecie na pewno kwiat paproci (?)
A czas się zbliża odrzuca- wszystko precz
Miłość w nagrodę Was ozłoci...
A to jest przecież wielka rzecz.

Warszawa,15, kwietnia 1971
Skąd nie ma powrotu...

Odeszłaś- cisza w uszach dzwoni-
Zostawiłaś, ból smutek, tęsknotę
Każda myśl moja -od życia stroni
A pozostawia li tylko zgryzotę.

Ty, która kręciłaś się jak żywe srebro
I byłaś dla nas szczerym przyjacielem
Ucichło życie, co biło tak z werwą
I żadnej drogi, -która była celem

Wiem,że w krainie tej niezgłębionej
Mogą się spotkać te astralne duchy...
W żalu, miłości tej nieukojonej
Którą osiągną tajemnicze ruchy.

Warszawa 1 wrzesień 1971
Tajemnicze "GDY"

Gdy jesteś człowieku młody
Szykujesz się na weselne gody
Szukasz piękną i urody
Szczęścia, rozkoszy, swobody-
Nie baczysz na bystre wody ...
Byle dalej- boś jest młody

Gdy zaś zgrzybiały i stary,
Młodości zasnute kotary

Senne widziadła i mary...
Chyba jakieś złudne czary
Że ja jestem już taki stary.

Warszawa 8 listopad, 1971
Niezapomnianej żonie poświęcam...

Ciężko jest żyć bez Ciebie
Kiedy odeszłaś w zaświaty
Dal mnie są chmury na niebie
Bez woli jestem - jak z waty

Każdy dzień- każda godzina
Gdy tylko spojrzę wokoło
Ciebie mi przypomina
Jak było miło, wesoło.

Tyś była moim promykiem
Który żyć daje roślinie.
Tyś była moim strumykiem,
Który tak szemrze i płynie

A teraz góra lodowa

Spiętrzyła całe me życie
Od smutku aż pęka mi głowa
A z oczu padają łzy skrycie
Nie mam już celu, pragnienia
Opadły zupełnie mi ręce
Skończyły się moje marzenia,
A tylko się męczę w udręce.



top