B O N    V O Y A G E



Południowa Korea - kartki z podróży
[ Krystyna Sadej ]


Lot z Ottawy do Seulu (z przesiadką w Vancouver) upłynął zaskakująco szybko i przyjemnie. W sumie 17 godzin, 11 i pól z Vancouver do Inchon-Seoul.
Jedzenie, które wybrałam wegetariańskie-azjatyckie bardzo smaczne, drinki i "snaki" oraz dwa filmy urozmaiciły lot. Dla tych, którzy nie wiedzą, bardzo ważna informacja: podczas takich długich lotów należy w miarę możliwości jak najwięcej się ruszać, spacery do ubikacji itd., żeby rozruszać kości i pobudzić krew do prawidłowego krążenia.
Decyzją o wyjeździe zaskoczyłam wszystkich: rodzinę, przyjaciół i znajomych. Mimo, że od roku była tam na kontrakcie moja córka Justyna z mężem i synkiem, i mój wyjazd do Korei był przede wszystkim kierowany tęsknotą, nie oni czekali na mnie na lotnisku w Seulu!

Do Seulu leciałam na swój własny kontrakt mając w ręce bilet w dwie strony, który został zakupiony przez szkolę, w której miałam pracować ucząc dzieci języka angielskiego przy pomocy zajęć plastycznych. Kontraktu co prawda nie podpisałam, miałam to zrobić zaraz po przylocie. Wszystko zdarzyło się tak niespodziewanie, że nawet nie zdążyłam się dobrze zastanowić. Rozmowy telefoniczne w środku nocy z parą koreańskich agentów, którzy załatwiali mi tę pracę, a których poznałam w trakcie kursu "Teach and Travel" w Ottawie, były bardzo obiecujące. Nie jestem tzw. "native speaker", miałam więc szanse polecieć tylko na tzw. "practicum", a mój bilet miał być zapłatą za dwa miesiące pracy. Jeżeli jednak zdecyduję się zostać dłużej, to oni pomogą mi załatwić wszystkie formalności. Czy można oczekiwać więcej od losu, który sprawił mi taką niezwykłą przygodę?

Zobaczę moją córkę, mojego wnuczka i zięcia, zobaczę Koreę i zdobędę doświadczenie! Wszystko się spełniło... choć nie obeszło się bez przykrych niespodzianek, ... ale o tym później.

Na lotnisku czekali na mnie moi agenci z Ottawy: bardzo sympatyczne małżeństwo zresztą, oraz menadżer mojej szkoły. Za oknem było szaro i ponuro, ale za to w ich luksusowym, ze skórzanymi obiciami, samochodzie bardzo komfortowo i przyjemnie. Zostałam zapewniona, że mój przyjazd jest dla wszystkich wielką radością i, że wyglądam jeszcze lepiej jak na mojej "webpage", a moje tkaniny zrobiły wrażenie i mają nadzieję, że nauczę tkać ich dzieci.

Pojechaliśmy prosto do "English Academy" gdzie czekali na mnie: właścicielka a zarazem dyrektorka szkoły z mężem, którzy również mnie zapewnili, jakim zaszczytem jest dla nich moja obecność w ich szkole; oraz dwoje bardzo miłych nauczycieli angielskiego, Emily i Sam z USA, którzy nawet słowem nie wspomnieli o moim akcencie. Szkoła, która zajmuje całe siódme i ostatnie piętro dość dużego budynku, niesamowicie czysta i pięknie wyposażona zrobiła na mnie niezwykłe wrażenie. Przed wejściem zdejmuje się buty i zakłada szmaciane klapki. Później wszyscy zostali zaproszeni na obiad do restauracji, do której zjechaliśmy na piąte piętro. Przed wejściem zostawiliśmy buty i usiedliśmy na płaskich poduszkach przy długich, niskich stołach. Na każdym stole był wbudowany rożen, na którym natychmiast kelner zaczął pitrasić cieniutko pocięte mięso. Chociaż był to obiad na moją cześć, nikomu nie przeszkodził fakt, że ja mięsa nie jem i zdziwiłam się, że się w ogóle mnie pytali, co chcę jeść skoro i tak po raz kolejny mięso, mięso zamówili! Nie znałam jeszcze wtedy obyczajów dotyczących pracodawcy i pracownika; pracodawca jest na szczycie a pracownik na dole. Podczas kiedy wszyscy kłaniali się sobie wzajemnie tylko "director" była niewzruszona i zdarzyło mi się to później jeszcze wiele razy, że po zapytaniu - "Co zjesz?"- zamawiano to, na co dyrektor miała ochotę a nie ja.

Nic mi to nie przeszkadzało, bo mnóstwo pysznych, świeżych i zielonych liści najróżniejszych sałat, oraz ryż i świeże pieczarki cały czas były przynoszone na stół. W te liście przy pomocy pałeczek nakłada się ryż, mięso, tofu, pieczarki, czosnek, wszystko podpieczone na rożnie, lekko zawija i zjada. Podstawą jedzenia i każdego posiłku koreańskiego jest ryż, który zawsze jest na stole. Słynne, kim-chee, czyli sfermentowana kapusta i inne jarzyny jak rzodkiew, ginger, marchewka i cebula - niezwykle pikantne - jest drugą obok ryżu podstawową przystawką do każdego koreańskiego posiłku, ze śniadaniem włącznie! Również bardzo smacznym dodatkiem jest na różne sposoby przyrządzana biała rzodkiew, kiszona, gotowana lub konserwowana.
Koreańczycy uwielbiają jajka, które są codziennie w ich jadłospisie i potrafią znakomicie je przyrządzać na mnóstwo sposobów. Bardzo smaczne, chociaż wodniste zupy, w niczym nie przypominające polskich zup są serwowane wrzące w żaroodpornych miskach. Często zupa jest gotowana w specjalnym kociołku na stole; mięso, ryby, jarzyny i tofu oraz makaron lub kluski są jej składnikami.
Ku mojemu zaskoczeniu wszyscy z tej samej miski zupę jedzą, tyle, że każdy swoją łyżką, która może właśnie, dlatego jest taka śmieszna na długiej rączce, żeby dosięgnąć? Jeśli nie łyżką to pałeczkami wyciąga się, co lepsze kąski: mięso, kawałek ryby, małże albo inne owoce morza, itd.

Dzielenie się jedzeniem jest ogromnie ważne w kulturze tego kraju i jedzenie z jednego talerza jest najnormalniejsze na świecie.

Kuchnia koreańska jest mało tłustą, w porównaniu z chińską, smaczna i zdrowa. Większość potraw jest gotowanych, duszonych lub z "grilla", rzadko zdarzają się smażone. Koreańskie jedzenie jest bardzo urozmaicone i zawsze znajdzie się na stole coś, co zadowoli każdego. Większość potraw jest bardzo, bardzo pikantnych i w miarę czasu jedzenie pikantnych dań staje się nałogiem.

Czosnek!
Koreańczycy wierzą, że światu dał początek związek boskiego króla z kobietą, która urodziła się niedźwiedzicą a stała się człowiekiem dzięki temu, że przeżyła sto dni, mając tylko dwadzieścia ząbków czosnku do jedzenia (podobny mit też wywodzi się z Syberii). Dlatego też czosnek dodaje się do prawie każdej potrawy i je się go na surowo w ogromnych ilościach wierząc w jego zdrowotne działanie. W sklepach można kupić torby różnej wielkości, (nawet 2 kg) świeżego, wyłuskanego, prosto do jedzenia czosnku. W restauracji czosnek podawany jest pocięty na plasterki w małych miseczkach i często przypada jedna taka miseczka na osobę!

Oto kilka przykładów typowych potraw koreańskich:
Omu raiseu, omlet (z warzywami lub bez albo tylko z cebulą) z ryżem;
Mandu - kluski, knedle nadziewane mięsem, rybą lub kapustą itp. najpopularniejsze jest, kim-che mandu;
Bulgogi - czyli ognista wołowina marynowana w sosie sojowo-sezamowym i chilli, pokrojona na cieniutkie paseczki. Jest pieczona na rozgrzanej płycie kamiennej umieszczonej na grillu wprost na stole;
Galbi - żeberka przyrządzone i serwowane podobnie jak bulgogi;
Gimbap - czyli koreańskie sushi - ryż z dodatkami (ryba, mięso, warzywa) owinięte w "seaweed";
Chobab - odmiana gimbap, tyle, że nie zawinięta lub zawinięta w usmażone jajko;
Gopchang jeongol - ponoć znakomite flaki wolowe, ale ponieważ jestem jaroszem nie spróbowałam;
Seolleongtang - rosół wołowy z ryżem;
Samgye tang - rosół z kury przyprawionej żeńszeniem z ryżem.
Koreańczycy bardzo rzadko jedzą deser po obiedzie lub obfitym posiłku. Zazwyczaj deser jest sam w sobie przysmakiem pomiędzy posiłkami. Dwa najpopularniejsze desery to:
Patbingsu - mieszanka słodkiej, czerwonej fasolki z sokiem owocowym, śmietanką i lodami;
Hoteok - czyli koreański pączek smażony w oleju, nadziewany miodem z cynamonem lub sezamem.

Wreszcie nadszedł upragniony czas, bo byłam już porządnie zmęczona po kilkunastu nieprzespanych godzinach, w samolocie nie zmrużyłam nawet oka, zostałam zawieziona do mojego apartamentu. Na koniec dostałam w prezencie zegar - budzik i zostałam sama w maleńkim mieszkanku a właściwie studio, które było wyposażone we wszystko, czego potrzebowałam: szafę, telewizor, kuchenkę, zlew, stół i dwa krzesła i najważniejsze to łóżko najwygodniejsze na świecie.
Byłam tak zmęczona i podekscytowana, że nie mogłam spać. Jak będzie wyglądało moje życie w tym obcym kraju, czy poradzę sobie z dziećmi? Martwiłam się również, że rozczaruję tych wszystkich miłych ludzi jako nauczycielka, a kiedy wreszcie udało mi się zasnąć zadzwonił budzik, czas wstawać!
W łazience okazało się, że w kabinie, w której powinien być prysznic jest tylko piec gazowy, gdzie jest wobec tego prysznic? Wygląda na to, że mam tylko umywalkę i ubikację. No trudno, pomyślałam jakoś umyję się, najważniejsze, że mam wodę. W pewnym momencie popatrzyłam do góry i oczom nie wierzę: prysznic zwisa sobie ze ściany jak gdyby nigdy nic, znalazłam też odpływ, dziurę w podłodze, więc zrobiłam sobie kąpiel razem ze wszystkimi przedmiotami w łazience, włącznie z ubikacją. Moja niepewność, czy dobrze zrobiłam, bo może zalałam sąsiadów, rozwiała się razem ze znikającą, schnącą wodą z podgrzanej podłogi.
W kuchnio-pokoju-salonie, parkieto-podobna powierzchnia grzała cieplutko w nogi. Rozmarzyłam się, ale czas iść do szkoły. Miałam dzisiaj, czyli w poniedziałek rozejrzeć się w szkole i dookoła, zobaczyć, co i jak wygląda, we wtorek pokażą mi Kimpo - dzielnicę, w której znajduje się akademia a w środę zawiozą mnie do Seulu, żebym mogła spotkać się z córką a pod koniec tygodnia zacznę pracę. Tak się jednak nie stało...
Sam, który ma do dyspozycji samochód szkoły czekał już na mnie pod domem, no i dobrze, bo ja nie miałam pojęcia gdzie jestem. Z zainteresowaniem patrzyłam z okna samochodu na ulice i uliczki, które mijaliśmy, takie wszystkie podobne do siebie z tymi koreańskimi tylko napisami, i z niewieloma tradycyjnymi azjatyckimi elementami. W szkole przywitał nas gwar dziecięcy przeplatany dialogami z bajek rysunkowych Disneya, które dzieci oglądały w swoich klasach wyświetlane na wielkich ekranach rozwieszonych na ścianach.
Z podziwem patrzyłam jak Sam i Emily z łatwością rozmawiają z dziećmi, nazywając je po imieniu a one przecież wszystkie wyglądały tak samo i było ich tak dużo, jak tu zapamiętać tyle imion? Wkrótce zaczęły się klasy, które ja miałam obserwować, ale po krótkim zapoznaniu z dziećmi dostałam książkę do ręki i poszłam uczyć swoją klasę! Nie miałam czasu ani zapoznać się z książką ani z programem. Na szczęście były wtedy jeszcze w tej szkole koreańskie nauczycielki, które były wielką pomocą dla nauczycieli języka angielskiego. Większość dzieci nie mówiła po angielsku za to z uporem zadawały pytania jedno za drugim po koreańsku.
Później był "lunch", zostałam przydzielona do jednej z grup dziecięcych i dostałam jedzenie takie inne od wszystkiego, co do tej pory w życiu jadłam.

Ciąg dalszy nastąpi...
Kamsa na mi da...

top