B O N    V O Y A G E



Wstęp

Południowa Korea jest częścią Półwyspu Koreańskiego, położonego w Azji Wschodniej pomiędzy Morzem Japońskim (które Koreańczycy nazywają Wschodnim) a Morzem Żółtym (które nazywają Zachodnim). Półwysep Koreański na północy graniczy z Chinami i Rosją, na wschodzie poprzez Morze Japońskie z Japonią. Korea przez wieki była nękana najazdami japońsko-chińskimi, a od 1905 była okupowana przez Japonię. W 1945 roku po klęsce Japonii w II Wojnie Światowej, Korea została brutalnie podzielona na dwie części: Korę Północną ze stolicą w Pyongyang - zajętą przez wojska radzieckie i Koreę Południową ze stolicą w Seulu - wyzwoloną przez wojska amerykańskie. Smutne jest to, że po wyzwoleniu się z pod jarzma Japonii w tych dwóch rozdartych krajach tak na prawdę nigdy nie było prawdziwej wolności i przez kolejne lata obydwa kraje były zaangażowane w wojny, zawieruchy polityczne, kryzysy gospodarcze itd. W 21 wieku komunistyczna, Północna Korea niemalże całkowicie jest zamknięta dla reszty świata, pogłębiając się coraz bardziej w kryzysie ekonomicznym. Natomiast Koreańska Republika - Południowa jest otwartym, idącym do przodu, jednym z najszybciej rozwijających się krajów na świecie.

POŁUDNIOWA KOREA światła i cienie
[ Krystyna Sadej ]

Jak pisałam w poprzednim odcinku (TN-11-2004 wrzesień) do Korei przyleciałam 18 marca 2002, motywowana tęsknotą za pracującą tam córką i zaintrygowana możliwością zdobycia interesującego doświadczenia jako nauczycielka języka angielskiego.

"Kartki z podroży" - część druga

Siedząc na malutkim krzesełku, przy niskim stoliczku razem z innymi przedszkolakami dostałam talerz z kilkoma przegródkami, metalowe pałeczki i bardzo dziwny posiłek. Podstawą jego był pachnący ryż, lepki i bardzo smaczny. W przegródkach talerza pojawiły się różne specjały koreańskie; oczywiście pikantne kim-chee, chrupiące seaweed - czyli wodorosty morskie, jajko, które miało bardzo dziwną serowatą konsystencję i sinawy kolor (ale smakowało dużo lepiej), prażone owoce morza o intrygującym zapachu, wyglądzie i smaku oraz zupa; po pierwsze zimna i prawie przezroczysta, po drugie kompletnie bez smaku! Te szkolne zupy z przykrością muszę przyznać - były jednym z najgorszych posiłków, jakie jadłam w Korei. Na szczęście tego dnia dzięki tej zupie dostałam łyżkę, którą mogłam ku niezwykłej uciesze maluchów, zjeść ryż i resztę "specjałów", bo posługiwanie się metalowymi pałeczkami okazało się zbyt skomplikowane.



Po lunchu miałam dwie godziny wolne pomiędzy lekcjami, które poświęciłam na przeglądnięcie planów zajęć, zaznajomienie się z małą biblioteczką z różnymi materiałami do nauki i zabawy przedszkolaków i starszych dzieci. Poszłam również z Emily do banku by zamienić kanadyjskie "dolary" na koreańskie "wony". Wszystko odbyło się bardzo sprawnie i szybko włącznie z małym treningiem jak obsługiwać maszynę bankową, jeśli będzie taka, która ma tylko koreańskie nazwy i napisy, (większość bankomatów jest angielsko - koreańska). Mając przed oczami urocze obrazki-krzaczki, które miały symbolizować transakcje pieniężne wróciłam do szkoły, żeby jeszcze w przerwie napisać e-mail do domu, korzystając z jednego z kilku komputerów w recepcji. Na moim koncie hotmail.com czekały na mnie listy z domu

- Co Ty sobie żono wyobrażasz, przecież ja tu zwariuję, żadnej wiadomości nie mam od Ciebie?
- Mama, co Ty robisz, gdzie jesteś, tata już na policję chce dzwonić...


Tymczasem ja zaraz po przylocie wysłałam e-mail z akademii informując moją rodzinę, że jestem i OK. Napisałam więc znowu.

- Nie martwcie się, zadzwonię jutro jak tylko kupię kartę telefoniczną, kocham.

W całym tym oszołomieniu nie przyszło mi nawet do głowy, że moi bliscy w Kanadzie może nie otrzymali żadnego e-maila. Pośpiech i brak zrozumienia lub porozumienia ze strony Koreańczyków spowodował, że nie zadzwoniłam natychmiast ani do Justyny, która była w Seulu ani do męża i dzieci w Ottawie. Lekcje popołudniowe mimo mojego zmęczenia dość szybko minęły. Tym razem miałam zajęcia ze starszymi dziećmi, które przyszły po szkole - niektóre jeszcze przed kilkoma innymi zajęciami pozaszkolnymi jak trening sportowy, lekcje komputera, muzyki itd. Ogólnie dzieci koreańskie mają zbyt dużo nauki i zajęć a za mało czasu na odpoczynek i zabawy. Po całodziennym i niespodziewanym dniu nauczania byłam pełna podziwu dla siebie, że umiałam się tak błyskawicznie przestawić. Wchodziłam do klasy najczęściej zmęczonych dzieci, opowiadałam o sobie, zadawałam pytania i jeszcze zdążyłam z planem lekcji. Podczas dziesięciominutowych przerw pomiędzy lekcjami, dyrektorka akademii przyniosła nam - nauczycielom różne smakowitości: pyszną kawę, truskawki i bułkę francuską z bitą śmietaną zakupioną w piekarni europejskiej, która mieściła się na parterze budynku, w którym pracowałam. Takiej wspaniałej piekarni to nawet nie mamy w Orleans - naszej francuskiej dzielnicy Ottawy! Być może razem z piekarnią przydałby się koreański piekarz? Koreańczycy, chociaż bardzo lubią wpływy innych kultur, zwłaszcza wschodu, bardzo cenią sobie własne spożywcze produkty, nie skażone totalnie chemią i konserwantami. Mówiąc krótko, każde jedzenie (jajka, mleko, owoce itd.) smakuje lepiej niż w Kanadzie.

Zanim wyszłam z pracy zadzwoniłam do mojej córki Justyny, ale nie rozmawiałyśmy długo, bo śpieszyła się ona na zajęcia wieczorne na uniwersytecie na którym pracowała.

- Mama! Właśnie skończyłam rozmawiać z tatą, który już zdążył zadzwonić kilka razy mając nadzieję, że jesteśmy w kontakcie... On nie dostał żadnej wiadomości od ciebie, jest w szoku, myśli, że ty od niego uciekłaś albo, że zostałaś porwana!!!

Okazuje się, że hotmail w Korei płata rożne figle i wiadomości nie dochodzą. Najlepiej, założyć sobie konto yahoo, które tam działa bez problemu. Justyna obiecała, że natychmiast zadzwoni do domu w Kanadzie i poinformuje wszystkich, że ja żyję i wszystko jest dobrze....

W drzwiach czekali na mnie Emily i Sam, którzy mieli mnie odprowadzić do domu, ale zostaliśmy zatrzymani przez dyrektorkę, która zaprosiła nas na obiad do restauracji. Nie mogłam odmówić a wcale nie byłam głodna. Sam zdążył poinformować mnie, że odmawianie propozycji wspólnego jedzenia jest dla "direktor" nie do przyjęcia i poczytane będzie za wielką niegrzeczność z mojej strony. Ponieważ dyrektorka akademii zawsze o sobie mówiła "direktor" i wszyscy tak ją nazywali, nigdy nie dowiedziałam się jak naprawdę ma na imię. Będę więc w moim opowiadaniu nazywać ją Direktor. Tym razem poszliśmy do restauracji japońskiej, ale wyglądającej podobnie jak koreańska. Na niziutkim stole bardzo szybko pojawiło się całe mnóstwo pysznego jedzenia. Nie zabrakło również koreańskiego kim-chee oraz soju (sodżu) - koreańskiej "wódki". Soju serwowana była w maleńkich płaskich kieliszeczkach i Direktor trzymając w dwóch dłoniach skłaniając lekko głowę w moją stronę, co było znakiem, że pije za moją pomyślność i ja nie mogę odmówić, i muszę również wypić za jej. Tak, że jeśli ktoś nie pije alkoholu to musi uprzedzić zanim zacznie się jedzenie, bo później trzeba pić tyle samo ile ta osoba zapraszająca sama pije - inaczej można bardzo się narazić a odmowa poczytana będzie za duży afront.

Po pełnym wrażeń dniu, po powrocie do domu poszłam natychmiast do łóżka. Spałam dobrze aż do rana. W sumie bardzo szybko udało mi się przełamać zmianę klimatu.

Wtorek i następny dzień minęły podobnie, chociaż każdy przynosił nowe przeżycia. Nikt więcej nie wspominał o podroży do Seulu ani o rozglądnięciu się po dzielnicy Kimpo, bo kto by na to miał czas? Najważniejsza jest praca i przecież przyjechałam do pracy a nie na wakacje. Moja praca przed południem była najlepszą, jaką można sobie wyobrazić, ponieważ byłam nauczycielką zajęć plastycznych. Do pomocy miałam świetną książkę oraz koreańskie nauczycielki, które pomagały mi te maleńkie dzieci utrzymać, w jakiej-takiej dyscyplinie. Emily była nauczycielką od muzyki i śpiewu, Sam instruktorem od zajęć sportowo - gimnastycznych a John od przedmiotów ścisłych - a tak naprawdę to zadaniem naszym było nauczyć dzieci mówić po angielsku. Dzieci bardzo mnie polubiły a ja z każdym dniem uczyłam się jak z nimi postępować. Dzieci koreańskie wychowywane często w ogromnym rygorze potrafią być bardzo trudne, reagujące tylko na krzyk i zastraszenie. Oczywiście nie wszędzie tak jest, wielu młodych rodziców wychowuje dzieci inaczej, nie pozwolą żeby były karane przez nauczycieli. Niestety w mojej szkole u władzy była kobieta, która przestrzegała typowo staroświeckiej zasady, że na dzieci trzeba krzyczeć i to tak głośno, żeby umierały ze strachu. Tymczasem one "umierały ze strachu" tak długo jak długo ona była w zasięgu wzroku i słuchu... A jak tylko znikała to zaczynały wariować od nowa. Mam wrażenie, że ponieważ byłam dużo starsza niż większość nauczycieli to dzieci traktowały mnie z dużo większym respektem. Fakt, że na nie nigdy nie krzyczałam spowodował, że "przylepiały się" do mnie jak przysłowiowe "muchy do lepu" i było to cudowne doświadczenie. Wkrótce też dzieci nauczyły mnie posługiwać się pałeczkami, z czego bardzo się cieszyły i wszystkich informowały
"Krystyna umie jeść jak koreańskie dziecko!
Ciąg dalszy moich wspomnień w następnym odcinku. Jeszcze na zakończenie kilka zdań na temat Bożego Narodzenia w Korei.

Moja córka Justyna, która wciąż jest w Korei pisze:
"Niestety nie ma tutaj takich pięknych tradycji jak w Polsce. W większości komercja i reklama wypiera wartości duchowe i spirytualne. Do niedawna nie było obyczaju, żeby ubierać choinkę, zapalać światełka, stroić domy, ale od kilku lat wszystko zaczyna wyglądać podobnie jak w Kanadzie czy Stanach. Święto Bożego Narodzenia jest dniem wolnym od pracy dla wszystkich a na wiosnę jest dzień wolny na urodziny Buddy. Chrześcijanizm pojawił się w Korei dopiero pod koniec XVIII wieku i bardzo szybko się rozprzestrzenia - teraz 25% Koreańczyków jest chrześcijanami, w tym większość katolików. Oczywiście wierzący katolicy w dzień Bożego Narodzenia idą do kościoła na mszę święta, po której wszyscy razem mają wspólny świąteczny posiłek. Jeśli masz chłopaka lub dziewczynę to idziesz na randkę w święto Bożego Narodzenia bez względu na religie. Tak, że często moi młodzi studenci nie lubią tego święta, bo nie mają dziewczyny albo chłopaka. Pięć lat temu nikt nie miał choinek ani żadnych dekoracji. Kiedy tutaj przyjechaliśmy 3.5 roku temu to malusieńka choinka (50 cm) kosztowała $100. Teraz wszędzie można kupić duże choinki - często tańsze niż w Kanadzie ... Chociaż wybór taki jak w Walmart. W droższych sklepach, można kupić lepsze i dużo droższe, no i oczywiście na Internecie (Koreańczycy uwielbiają Internet shopping).Teraz jest modne Boże Narodzenie na wzór zachodni, więc ludzie mają choinki w domach (niektórzy tylko) i kupowanie prezentów jest też modne(Koreańczycy uwielbiają kupowanie). Oni po prostu kopiują Święta - ale dla nich to tylko moda nie tradycja. Niektórzy bardzo lubią światełka i dekoracje, więc często wiszą cały rok w barach albo restauracjach. Barry się denerwuje, bo on jest "Christmas-purist" ale to jest to samo, co z Buddami albo koreańskimi maskami itd. - mamy bo nam się podobają i wierzymy, że przynoszą nam szczęście. Jest tak też ze Świętem Zmarłych i powoli z Wielkanocą. Coraz więcej ludzi je celebruje ..."

Ciąg dalszy nastąpi...
Kamsa na mi da...

top