B O N    V O Y A G E



POŁUDNIOWA KOREA światła i cienie - część trzecia.
[ Krystyna Sądej ]


Jak pisałam w poprzednich odcinkach ( TN-11-2004 wrzesień, TN-13-2004 grudzień ) do Korei przyleciałam 18 marca 2002, motywowana tęsknotą za pracującą tam córka i zaintrygowana możliwością zdobycia interesującego doświadczenia jako nauczycielka języka angielskiego.

Oto kolejna część "kartek z podroży".

W środę dostałam od Emily telefon komórkowy. Był on trochę stary i szybko się wyładowywał, ale i tak bardzo się ucieszyłam, bo był to jedyny telefon, jaki miałam i z którego mogłam korzystać w domu. Po zakupieniu karty za 10.000 Won (co było ok.12 kanadyjskich dolarów) miałam na rozmowy 40 minut w Korei a jak ktoś do mnie dzwonił to rozmowa była za darmo - dla mnie oczywiście. Do Kanady zadzwoniłam tylko raz, żeby podać mój numer telefonu a później to mój mąż Andrzej dzwonił prawie codziennie aż do mojego wyjazdu (!)
W tą samą środę zdarzyła mi się okropna przygoda. Ponieważ skończyłam zajęcia wcześniej postanowiłam sama wrócić do domu, bo wydawało mi się, że drogę dobrze zapamiętałam. Wydawało mi się, ale skręciłam w uliczkę, która tylko podobnie wyglądała i potem to już wszystko wyglądało tak samo, domy, napisy, lampy i zaczynało się ściemniać... Na szczęście miałam telefon, który właśnie w tym dniu dostałam a w trakcie lunchu kupiłam kartę i zdążyłam uaktywnić. No i na szczęście, Emily dala mi swój numer (i był to jedyny numer telefonu, jaki miałam) i na szczęście nie wyłączyła swojej komórki jak to zazwyczaj robiła o tej porze... Co za szczęście - westchnęłam, gdy w słuchawce usłyszałam jej glos. Emily szybko zorientowała się gdzie jestem (a błądziłam przez godzinę dookoła miejsca mojego zamieszkania) i krok po kroku pokierowała mnie tam gdzie trzeba a kiedy już dochodziłam do mojego apartamentu rozmowa nam się przerwała - bateria mojego telefonu wyładowała się. Muszę tu jeszcze dodać, że ulice w Kimpo nie miały żadnych nazw ani napisów angielskojęzycznych, oczywiście za wyjątkiem Mc'Donalda i innych tego typu miejsc, których było kilka na całe miasteczko.

Wreszcie nadszedł upragniony dzień sobota! Nareszcie zobaczę się z córką Justynką, wnuczkiem Rory i zięciem Barry. Poinstruowana przez Emily i Sama oraz moja córkę najpierw pojechałam 15 minut autobusem pospiesznym do stacji metra skąd jeszcze miałam ok. pól godziny jazdy metrem. Autobus był bardzo czysty, z wygodnymi siedzeniami a kierowca miał ubrane białe rękawiczki. Autobusy zwykłe są ogromnie przepełnione, mają gorsze siedzenia, ale to nie ma znaczenia, bo i tak się stoi... No, ale kierowca również ma założone białe rękawiczki. Każdy autobus ma w środku ogromny zegar a niektóre (te droższe) mają monitory telewizyjne z rożnymi informacjami i reklamami.
Kiedy stanęłam na stacji metra z niepewnością patrząc to w prawo to w lewo, natychmiast zebrała się grupka chętnych do pomocy i za chwilkę zaopatrzona w mapę w języku angielskim podążałam w odpowiednim kierunku. Najśmieszniejsze było to, że w tej grupce pomocników nikt nie mówił po angielsku! Koreańczycy są bardzo przyjaźni i chętnie służą pomocą, jeżeli widza, że ktoś jej potrzebuje. Często zdarza się, że patrzą obojętnie na przechodzącego lub nawet stojącego obok cudzoziemca i może wyglądać tak jakby ignorowali go, ale wynika to z głęboko zakorzenionego zwyczaju kulturowego. Jeśli ktoś nie jest przedstawiony, to Koreańczyk nie widzi, w jakiej hierarchii tę osobę postawić i w związku z tym jak i czy się kłaniać, nisko, czy głęboko, czy oczekiwać, że ta obca osoba ukłoni się pierwsza....

Ponieważ była to sobota, to metro nie było przepełnione ludźmi jak to jest w każdym innym dniu roboczym. Wkrótce dojechałam do upragnionej stacji, gdzie już czekali na mnie moi bliscy i po wzruszającym przywitaniu i krótkim spacerze znaleźliśmy się w ich sympatycznym mieszkanku. Justyna ze swoja rodzinką mieszkała w nowoczesnym, trzy piętrowym budyneczku z apartamentami przeznaczonymi dla nauczycieli języka angielskiego, którzy zatrudnieni przez te sama firmę pracowali w kilku miejscach, nie tylko na uniwersytecie. Ich mieszkanie urządzone i ozdobione koreańskimi akcentami: niskimi stoliczkami, ślicznymi lampionami było bardzo przytulne. Meble i sprzęty codziennego użytku częściowo były kupione przez szkole lub podarowane od innych nauczycielach, którzy odjechali do swoich domów i krajów; Kanada, Wielka Brytania, Australia, Nowa Zelandia lub Południowa Afryka.

Po pysznym "koreańskim" śniadaniu pojechaliśmy wszyscy metrem do centrum Seoulu. Seoul, który z gruzów i popiołów wojennych wyrósł na nowoczesne, przemysłowe miasto, wywarł na mnie duże wrażenie. Dziś jest piątą, co do wielkości metropolią świata, całą ze szkła i stali ale z zachowanymi i pielęgnowanymi zabytkami przeszłości jak pałace i ogrody koreańskie. Właśnie to połączenie starego z nowym stanowi o wyjątkowym, niezwykłym pięknie tego miasta. Ogromna ilość parków, zieleni i kwiatów widoczna jest na każdym kroku. A najwspanialsze jest to, że w samym niemalże centrum możemy nagle znaleźć się na łonie przyrody, gdzie natura zasłoni nawet drapacze chmur, ponieważ Seoul położony jest w górach ... zresztą 70% kraju to są góry i lasy.
Idąc zatłoczoną ulica, pomiędzy wieżowcami stojącymi jeden przy drugim stajemy nagle przed piękna, kolorowa brama tradycyjnego koreańskiego ogrodu, za którą wchodzimy w inny świat, gdzie jest cisza i przestrzeń, i elegancka, lekka architektura pałaców, świątyń i wiekowych zabudowań totalnie innych niż nasze staro-europejskie. Takich miejsc jest ponad dziesięć w Seoulu. Jest również wiele nowoczesnych parków z bardzo pomysłowymi ścieżkami zdrowia.

Seoul w porównaniu do Kimpo jest bardzo zatłoczony nawet w soboty i niedziele. Tłumy ludzi: młodzieży, dorosłych, dzieci, tubylców i turystów: spacerujących, zwiedzających, kupujących. Na każdym kroku na straganach ulicznych sprzedaje się jedzenie bardzo pomysłowe i urozmaicone, nie mające nic wspólnego z amerykańskim stylem (hotdogs itd.) - zazwyczaj interesujące i smaczne. Najbardziej smakowały mi rożnego rodzaju smażone (twigim) lub gotowane (mandu) pierożki z nadzieniem z warzyw, krewetek i ryb, pieczone placki (pajeon) przypominające racuchy, z zieloną cebulką lub fasolką szparagową oraz gotowane kluski ryżowe (tteokbokgi) w pikantnym, czerwonym sosie. Mój wnuczek Rory najbardziej lubił rybę w cieście na patyku (oh-dang), którą wcinał z niesamowitym apetytem - podczas kiedy ja w duchu modliłam się, żeby tego patyka nie wsadził sobie do oka...

Koreańczycy ciągną do dużych miast, które są potwornie zatłoczone (sam Seoul ma ponad 10 milionów ludności) i zadziwiające jest jak wciąż bardzo dbają o porządek i czystość. Zdziwiło mnie to, że nie było nigdzie śmietników... i nie było również śmieci na ulicach!. Wydawałoby się, że każdy będzie rzucał niepotrzebne opakowania, puszki, butelki na ziemie, ale tak nie jest. Z małymi wyjątkami, wszyscy zabierają swoje śmieci do domu! Oczywiście w restauracjach, barach i sklepach śmietniki są... ale nie na ulicach czy w parkach. Bardzo mnie to na początku denerwowało, ale później przyzwyczaiłam się, że przynoszę do domu ogryzek z jabłka lub skórkę z banana. Domowe śmieci wkłada się do przeźroczystych, specjalnych worków i bardzo jest przestrzegane, żeby nie znalazło się nic, co nie będzie przeznaczone do przeróbki jak szkło, plastik czy papier. Na te odpady wtórne przeznaczone są specjalne pojemniki wystawiane przed domem w "dniu śmieciowym".

Po wspaniałym weekendzie z moją córką Justyną i jej rodzinką - spędzonym również na zwiedzaniu kilku placów zabaw z moim wnuczkiem Rory, testowaniu koreańskiego jedzenia w małych restauracyjkach i barach, których jest mnóstwo na każdym kroku, nadszedł kolejny tydzień pracy. Maszerując żwawo do "English Academy" zwróciłam uwagę, że niebo jest jakieś inne i bardziej żółte niż w Kanadzie. Dziwne, że tego wcześniej nie zauważyłam - pomyślałam. Zresztą jakoś inaczej czuło się powietrze, jakby cięższe ... Po drodze mijałam ludzi w maseczkach na twarzy, również dzieci w wózkach miały założone bawełniane szaliczki zasłaniające usta i noski.
Powinno się wprowadzić takie zwyczaje w innych krajach też - pomyślałam znowu. Już parę razy zauważyłam, że przeziębieni, kaszlący ludzie na przykład w sklepach, metrze, autobusach ubrane mają szmaciane maski na twarz, żeby innych nie zarażać....
Tego dnia okazało się, ze żółte niebo spowodowane było potwornie niebezpiecznym piaskiem, który z wiatrem przylatywał z Chin przynosząc rożnego rodzaju wirusy i choroby. Szczególnie Kimpo, dzielnica, w której mieszkałam bardzo ucierpiała z tego powodu. Niestety nikt o tym nas - nauczycieli nie poinformował, ani o tym, że powinniśmy nosić maski wychodząc na powietrze i w związku z tym wszyscy bardzo ciężko zachorowaliśmy. Ale o tym i o wizycie u lekarza w jego nowoczesnym gabinecie, w którym czułam się jakbym przeniosła się na inna planetę... w następnym odcinku...

Kamsa na mi da, czyli - dziękuję!
Krystyna Sądej

top