B O N V O Y A G E
|
|
|
| |
|
POŁUDNIOWA KOREA światła i cienie - część czwarta i ostatnia.
[ Krystyna Sądej ]
POŁUDNIOWA KOREA światła i cienie - część czwarta i ostatnia
Jak pisałam w poprzednich odcinkach (TN-11-2004 wrzesień, TN-13-2004 grudzień, TN 14 02-2005) do Korei przyleciałam 18 marca 2002, motywowana tęsknotą za pracującą tam córką i zaintrygowana możliwością zdobycia interesującego doświadczenia jako nauczycielka języka angielskiego.
Oto kolejna część "kartek z podroży".
Ponieważ straciłam głos i na krótkich przerwach "pokładałam się na stole" w pokoju nauczycielskim, przestraszona Director kazała mi iść do lekarza, którego gabinet znajdował się dwa piętra niżej w tym samym budynku. Dobrze, że miałam karteczkę z informacją po koreańsku od Director, bo recepcjonistka nie mówiła po angielsku. Pomimo mojego potwornego bólu gardła i wysokiej gorączki, wizyta u lekarza okazała się być jednym z bardziej interesujących doświadczeń w Korei. Po krótkim oczekiwaniu w milej, czystej, wyposażonej w wygodne fotele poczekalni i wpatrywaniu się na kolorowe rybki w ogromnym akwarium, zostałam powitana przez lekarza, który mówił po angielsku i własnoręcznie wypełnił krótką ankietę z moim imieniem i nazwiskiem. Gabinet lekarza wyglądał niesamowicie nowocześnie i przypominał raczej wielki gabinet dentystyczny, może dlatego, że posadzono mnie na fotelu przypominającym fotel dentystyczny. Sterylna czystość, niesamowite, wręcz kosmiczne wyposażenie i te piękne lampy, które nie raziły w oczy - to wszystko spowodowało, że poczułam się jak na innej planecie. Zanim zdążyłam się zastanowić doktor w asyście pielęgniarki zaglądnął mi do gardła używając dziwnego przyrządu, który wycisnął mi łzy z oczu a okazał się maleńką kamerą. Nie było to zbyt przyjemne ale trwało tylko moment, po którym natychmiast ukazał się obraz mojego przełyku na wielkim monitorze. Było to naprawdę bardzo interesujące zobaczyć swoje własne gardło od środka i to w takich wymiarach... Pan doktor był taki miły, że wszystko dokładnie mi wyjaśnił i ostrzegł, że przez kilka dni nie mogę mówić. Na to ja wyszeptałam, że to nie jest możliwe, bo przecież moja rola polega na mówieniu a nie słuchaniu - postaraj się chociaż masować szyję co pół godziny przez pół minuty i niestety muszę zapisać antybiotyk - powiedział. Zanim wyszłam dostałam zastrzyk na wzmocnienie z witaminami, oraz pierwszą porcję antybiotyku, który musiałam od razu zażyć. Na koniec zaprowadzona zostałam do innego, ślicznego gabinetu gdzie zaaplikowano mi wspaniałą inhalację na nos i gardło, która trwała ok.10 minut przy akompaniamencie cichej, relaksującej muzyki. Za to wszystko zapłaciłam zaledwie ok. 9 tysięcy won (9 kanadyjskich dolarów) a drugie tyle, jak również za wszystkie lekarstwa, które zapisał lekarz, zapłaciła Direktor. Następna wizyta po pięciu dniach kosztowała 3 dolary, kiedy dostałam kolejny zastrzyk i kolejną aromatyczną inhalację. Nie wiem czy te kuracje koreańskie mają coś wspólnego z faktem, że przez następne trzy lata nigdy nie byłam przeziębiona, ale ja wierzę, że były skuteczne.
Kolejne dni, tygodnie upłynęły niby podobne do siebie, jednak każdy przynosił coś nowego; kolejne doświadczenia, wiadomości i spostrzeżenia, które formowały moją opinię o tym fascynującym kraju i pozwalały zrozumieć mentalność ludzi i ich kulturę. Niestety nie wszystkie zwyczaje udało mi się zaakceptować... Bardzo nie podobało mi się, że ludzie przechodząc plują na drogę, którą idą , często pod nogi przechodzącego. Koreańczycy niby bardzo dbają o czystość i rzadko widać śmieci na chodnikach i ulicach, ale nikogo nie razi plucie! Również wycieranie nosa nie jest w zwyczaju a wręcz robienie tego w towarzystwie lub przy stole uważane jest za duży nietakt - za to pociąganie nosem jest jak najbardziej normalne i nikogo oprócz obcokrajowców nie razi. Po kilku tygodniach pracy dowiedziałam się szokującej dla mnie ploteczki o Direktor. Okazało się, że Direktor ma dwoje malutkich dzieci, których istnienia nie podejrzewałam, wiedziałam tylko, że ma męża, który bywał rzadko w akademii. Direktor urodziła dwie dziewczynki i ani jednego chłopca, dlatego została z rodziny męża wypędzona i musi mieszkać sama, a matka męża wychowuje jej córeczki! Direktor może widywać swoje własne dzieci tylko raz na miesiąc przez godzinę i to tylko, i wyłącznie pod kontrolą teściowej! Mimo, że jest to nielegalne większość Koreańczyków wciąż akceptuje ten staroświecki, konfucjański zwyczaj. Często zdarza się, że kobiety usuwają ciążę po zrobieniu ultrasondy, z której wynika, że baby jest płci żeńskiej. Na szczęście powoli zaczyna się to zmieniać - przepowiednie są takie, że młodzi mężczyźni nie będą mieli szansy znaleźć sobie żon we własnym kraju, jeśli dalej zachowa się przewaga rodzących się chłopców.
Pewnego dnia zdarzyła mi się niemiła historia. Yeoni, jedna z nauczycielek koreańskich zapytała mnie czy nie chciałabym się z nią spotkać w czasie weekendu i poprosiła mnie o numer mojego telefonu. Bardzo chętnie się zgodziłam i zapisałam w jej notesiku mój numer używając długopisu z czerwonym tuszem. Jakie było moje zdziwienie kiedy ona patrząc co ja piszę zalała się łzami i wybiegła z pokoju nauczycielskiego! Na szczęście był jeszcze w akademii nasz manager Koreańczyk Daniel, który szybko wyjaśnił sytuacje. Każdy kolor tylko nie czerwony! Kolor czerwony kojarzy się z krwią i wiadomość pisana w tym kolorze niesie z sobą przekaz nieprzyjaźni, złości i wrogości. To nie znaczy, że w malarstwie, ozdobach i reklamach nie używa się czerwieni, ale nigdy w osobistych przekazach pisanych. No i jeszcze śmieszna historyjka. Winda w budynku akademii nie miała cyfrowych oznaczeń tylko głosowe, nie był to problem, ponieważ i tak wiedziałam, że na ostatnim piętrze muszę wysiąść i w związku z tym, który guzik nacisnąć. Słuchając codziennie głosu w windzie nauczyłam się liczyć - do sześciu! Coś mi się jednak nie zgadzało, bo wiedziałam, że ostatnie piętro jest siódmym piętrem. Poprosiłam Daniela, żeby mi wytłumaczył, bo mam dziwne przeczucie, że coś nie tak z moimi numerami. Najpierw jednak wyrecytowałam to co już się nauczyłam.
- Wszystko się zgadza do trzech - powiedział Daniel śmiejąc się do rozpuku - a potem masz od razu pięć, sześć, siedem..., a co z cztery? Strasznie zawstydzona powiedziałam, że numerów nauczyłam się jeżdżąc windą, więc o co chodzi? Rachunek się nie zgadzał, bo czwórka, która uważana jest podobnie jak u nas trzynastka za pechowy numer, często jest pomijana i tak było z piętrami w budynku mojej szkoły, gdzie czwartego piętra po prostu nie było! Koreańczycy, którzy zapożyczyli sobie nazwy numerów od Chińczyków, pożyczyli je razem z "sa" czyli "cztery" po chińsku, co znaczy "śmierć" po koreańsku. No i jeszcze jedna ciekawostka dotycząca numerów. Dzieci koreańskie, w momencie narodzenia mają od razu dopisany cały rok! Koreańczycy, podobnie jak Chińczycy używają dwóch kalendarzy; kalendarza słonecznego (solarnego) tak jak reszta świata i księżycowego (lunarnego). Kalendarz lunarny jest oparty na cyklu zmian faz księżyca i ma rok krótszy o jedenaście dni od naszego kalendarza solarnego (opartego na cyklu obiegu ziemi wokół słońca). Co trzydzieści miesięcy dodaje się jeden miesiąc do kalendarza lunarnego. Czyli zdarzają się paradoksy, tak jak mojej koleżance Glorii, która urodzona w styczniu, w lutym miała już dwa lata!
Tymczasem kończył się maj, mój pobyt w Korei trwał prawie trzy miesiące i moje "practicum" w English Academy dobiegało końca. Mimo kuszącej oferty zapłaty za pracę jako nauczycielki zajęć plastycznych i angielskiego, nie dałam się namówić na przedłużenie pobytu. Mój mąż Andrzej, moje córki Kasia i Weronika oraz syn Barnaba i reszta rodzinki bardzo za mną tęsknili. Mówiąc krotko "dom się walił" beze mnie! Przed powrotem do Kanady, za zarobione "kieszonkowe" postanowiłam zrobić sobie kilkudniową wycieczkę po Korei, zostawiając bagaże u córki Justyny w Seoulu. Tak naprawdę to trochę bałam się sama wyruszać w podróż bez towarzystwa, ale Justyna przekonała mnie, że będę później żałowała jeśli tego nie zrobię. Postanowiłam pojechać pociągiem do Busan, który słynie z pięknych plaży na wybrzeżu wschodnim półwyspu koreańskiego - na dwa dni, oraz na jeden dzień do Gyeongju, jednego z najstarszych historycznych miejsc w Korei. Pociąg był bardzo porządny; wygodne siedzenia takie jak w samolocie i z dodatkową ławeczką wysuwającą się spod siedzenia, służącą do oparcia stóp! Telewizyjne monitory informowały o zbliżających się stacjach w językach: koreańskim i angielskim. Obok mnie usiadło starsze, sympatyczne małżeństwo i zaraz nawiązała się miła rozmowa. Okazało się, że pan jest emerytowanym pracownikiem linii lotniczych i kiedy dowiedział się, że nie mam hotelu w Busan, zaraz zadzwonił z komórki i zarezerwował mi pokój w dobrej klasy hotelu, blisko przy dworcu kolejowym za minimalną cenę $25 za dobę. Busan, pięknie położone miasto pomiędzy pasmami i szczytami górskimi jest zupełnie inne niż Seoul. Nie ma tylu ogrodów i starych królewskich pałaców jak ma Seoul, ale za to wiele innych atrakcji m.in. kilka najstarszych i największych świątyń - zabytków sztuki i architektury buddyjskiej. Najsłynniejsza i najpiękniejsza jest Beomeosa, otoczona pięknym, spokojnym parkiem, odgradzającym ciche, pełne medytacji życie od nowoczesnego, zatłoczonego molocha, którym jest Busan. Jedną z większych atrakcji Busan jest tzw. Koreańska Riviera ze słynną Haeundae Beach, która jest najpopularniejszą plażą w Korei. Na tej to plaży spędziłam prawie pół dnia spacerując lub siedząc, bawiąc się czyściutkim białym piaskiem i patrząc bezmyślnie w wodę, która miała kolor lazurowy. Ponieważ był to "dopiero" maj, plaża nie była zatłoczona i nikt się nie kąpał, chociaż woda była bardzo ciepła. Pod wieczór drugiego dnia pojechałam w stronę Gyeongju i w pociągu uświadomiłam sobie, że przecież znowu jadę w nieznane, nie mając zarezerwowanego hotelu a jak dojadę to będzie zupełnie ciemno. I znowu miałam szczęście - koło mnie usiadło - młodziutkie tym razem małżeństwo. Z tymi miłymi Koreańczykami znowu całą drogę przyjemnie mi się gawędziło, i oni również zadzwonili z "komórki" i... pokój dla mnie załatwili. Po przyjeździe do Gyeongju osobiście odprowadzili mnie do ślicznego motelu, który wyglądał jak mały pałacyk i był bardzo tani. Pokój był śliczny, czyściutki i miał okrągłe łóżko... a nad łóżkiem okrągłe lustro. Rano pakując swoje rzeczy do plecaka ze zdziwieniem zauważyłam, że w tym pokoju nie było szafy. - Dziwny hotel, pomyślałam, ale tak mi się spodobał, że zrobiłam zdjęcie. Kiedy mojej córce opowiedziałam o moim noclegu, ona parsknęła śmiechem.
- Mama ty spędziłaś noc w "Love Motel" - to jest hotel, który często wynajmuje się na kilka godzin, gdzie zakochane pary chcą spędzić czas razem! No ale nie martw się, te motele mają dobrą reputację i ponieważ są tańsze od hoteli często obcokrajowcy z nich korzystają. To był bardzo duży błąd, że nie zorganizowałam sobie czasu tak, żeby spędzić chociaż jeden dzień dłużej w Gyeongju. Niestety musiałam jechać szybko do Seoulu, bo za kilka dni wracałam do Ottawy. Gyeongju, które powstało w pierwszym wieku przed naszą erą i przez tysiąc lat było stolicą całego półwyspu koreańskiego, jest jednym, wielkim muzeum na otwartym powietrzu. W która stronę by się nie poszło to spotyka się stare świątynie, groby, rzeźby, pozostałości pałaców, posągów i statuetek buddyjskich. W samym centrum miasta jest ogromny Tumuli Park ze słynnymi 20 grobami, które wyglądają jak zielone kopuły, wzgórza - a są ogromnymi grobowcami. Największy grób "Niebiański Koń" ma trzynaście metrów wysokości, i czterdzieści siedem metrów średnicy. Dużo mogłabym jeszcze opowiadać o Korei ale nie jest to takie proste na łamach strony internetowej, do której mój styl i niepoprawne gadulstwo nie bardzo się nadają.
W tym momencie moja druga córka Weronika również jest w Korei, Ulsan... Być może wybiorę się tam znowu i wtedy napisze książkę. Tymczasem z żalem kończę moje wspomnienia i żegnam się ze wszystkimi, którzy byli tak dzielni, że dobrnęli ze mną do końca.
Kamsa na mi da - dziękuję!
Annyeonghi gyeseyo - do widzenia!
top
|
| |
|
|
|
|