Polscy aktorzy na scenie narodowej Kanady

Z niebywałą radością pragnę powiadomić, że w National Arts Centre wystąpią polscy aktorzy... Magdalena Cielecka, Danuta Steńka, Zygmunt Malanowicz, Jacek Poniedziałek, Redbad Klijnstra... Stop, ważne są fakty a nie migoczące szczęściem serce!

Uwaga, co będzie grane! Grany... ędzie "Krum" Hanocha Levina w reż. Krzysztofa Warlikowskiego! Spektakl powstał z połączenia sił twórczych scen - TR Teren Rozmaitości Warszawa i Starego Teatru w Krakowie. "Premiery" miał dwie, bo jak sceny dwie to... i dwie, w marcu 2005.

Przed nami premiera kanadyjska sztuki, na którą serdecznie zapraszamy!
NAC Teatr Francuski, 17-21 lutego 2008 godz. 19.30

Więcej informacji na stronie http://www.nac-cna.ca/en/theatre/index.cfm







"Krum to ja"

Fragment Recenzji Piotra Gruszczyńskiego w Tygodniku Powszechnym.


"Krum to po hebrajsku kożuch na mleku. Krum to prawie czterdziestoletni mężczyzna powracający z zagranicy do Tel Awiwu, do peryferyjnej dzielnicy dzieciństwa. "Krum" to przedstawienie Krzysztofa Warlikowskiego o doświadczeniu smugi cienia, utraty młodzieńczej nieśmiertelności, złudzeń i miłości.
"Mamo, nie udało mi się za granicą. Nie jestem bogaty. Nie jestem szczęśliwy. Nie posunąłem się ani o krok, nie bawiłem się, nie ożeniłem, nie zaręczyłem się, nikogo nie poznałem. Niczego nie kupiłem i niczego nie przywiozłem. W walizce mam tylko brudną bieliznę i kosmetyki". Pierwsze słowa Kruma wprowadzają od razu w sam środek doświadczenia życiowej klęski. Nieważne, czy Krum rzeczywiście powraca z podróży, czy może tylko zatrzymuje się w swojej wędrówce i zaczyna wsteczną pracę pamięci.

Dla pięknej sztuki Hanocha Levina, napisanej w 1975 roku, najbardziej oczywiste jest skojarzenie z Czechowem. Levin unika uczuć i sytuacji ekstremalnych. Opisuje zdarzenia codzienne, właściwie banalne. Nie przerysowuje ich, nie brutalizuje ani nie lukruje. Zwykli ludzie, żyjący w przeciętnym, prowincjonalnym miejscu. Ich życie jest mieszaniną śmieszności i tragiczności. Nawet największe klęski mają w sobie odcień komiczny. Pewnie Levin myślał o "Krumie" podobnie jak Czechow o swoich dramatach: komedie. Idealna równowaga śmiesznego i smutnego, wzniosłego i niskiego, komicznego i tragicznego, całkowicie ludzka, mało dramatyczna i literacko mało efektowna.

Myślę, że gdyby Czechow pisał swoje dramaty współcześnie, wyglądałyby jak sztuka Levina. Trochę więcej słów, to samo poczucie życiowej klęski bohaterów, brak miłości, wzajemne mijanie się, równoległość torów życiowych, niespełnienie, zagadana pustka. Bohaterowie "Wujaszka Wani" czuliby się tu jak u siebie. Powrót Kruma katalizuje wypadki tak jak przyjazd Sieriebriakowa, relacja Krum-Tugati da się łatwo odnieść do układu Wojnicki-Astrow. Paralele można mnożyć, ale nie chodzi o to, by udowadniać literacką erudycję Levina czy jego zakorzenienie w tradycji dramatu europejskiego (można by też sięgnąć po Ibsenowskiego "Peer Gynta", wskazując podobny podtekst potrzeby fantazjowania życia i relacji z matką), ale o pokazanie rangi literackiej tekstu. Czysta egzystencja. Nic banalnego i czysty banał.
Stukot czarnej płyty, która się skończyła, ale nadal kręci się, bo nie ma kto zdjąć igły, powraca w przedstawieniu wielokrotnie. Nieomal niesłyszalny, podprogowy, znakomicie komentuje sytuację Kruma. To jest końcówka i trzeba się spieszyć żyć, choć nie wiadomo po co, skoro wszystko za nami. Krum znajduje powód dla swojego życia. Chce pisać powieść, ale to pisanie należy do niemożliwych, prawie jak u Bernharda. Tyle że tam nie sposób ogarnąć treści, a tutaj trzeba by zapisać pustkę (...)


top