P O L O N I A    K A N A D Y J S K A



Znajomość polskiej kuchni, pozwoliła mi przeżyć najgorsze czasy
[ Jolanta Szaniawska ]
I wszystko się pomieszało! Podobno w restauracji na Kasprowym Wierchu dla narciarzy podają krewetki. Zje taki kilka, na szczyt wróci i... noga złamana. Diagnoza - osłabiony z głodu! Historia to prawdziwa, nie jakaś taka z powietrza! Jej puenta? Nie modą a zdrowym rozsądkiem kierować się trzeba! Jak zima to proteiny i tłuszcze, i odwołania od tego nie ma. Tak jak nie ma od domowej kuchni, wzorem mamy i babci! Patrz włoskie reklamy - wszędzie te panie, i w tym siła!

Historia, jaką dziś opowiem traktuje o upartej na życie pani Irenie Łukaszewicz. Pani Irena do Kanady przyjechała wraz z rodziną czternaście lat temu. Opuściła swoje ukochane województwo białostockie, "gdzie pola malowane zbożem rozmaitem" w momencie, gdy w Polsce zaczynały się zmiany. Co ją tu przywiodło? Nie pytam. Bez znajomości języka, z polskim wykształceniem ekonomicznym, czyli nie koniecznie przydatne, no i po trzydziestce... Taki skok na głęboką wodę. Odważna. Miała szczęście, wciąż w Ottawie królował JDS i "świetlana praca" przy światłowodach... nie miała końca. Założyciel firmy, pan Józef Strauss brał pracowników z Europy, i to wszystkich. Nieźle płacił więc zaczęło się kanadyjskie życie na kredyt. Dom, samochód... i co tam jeszcze. Nagle przyszedł krach. Na pracowników padł blady strach, firma im się do Azji przenosi! I prawda, "Chińczycy trzymają się mocno", i jak to ten Wyspiański już to wiedział? Tam uciekły fabryki. Tam też będzie dobrobyt. A tutejsi ludzie. Co tam ludzie.

Pani Irena dostała odprawę z firmy i kursy opłacane przez rząd, po których miało być już tylko dobrze. Swoją szansę zobaczyła w malej gastronomii. Umiejętności sztuki kulinarnej przyswojone od mamy i babci postanowiła zamienić w czyn! Wspomina, że "babcia w ogrodzie miała bajecznie pachnące zioła, i nimi wzbogacała skromne potrawy z epoki sukcesu PRL-u". Jak sama dziś mówi - "Kiedy nie było nic tylko sól i ocet na półkach, to trzeba było jeździć po wsiach, kupować świniaka i coś z nim zrobić ( rozumiemy, że... słynne swojskie kiełbasy!). Znajomość tradycyjnej polskiej kuchni, pozwoliła mi przeżyć najgorsze czasy i w Polsce i w Kanadzie." - mówi pani Irena. Po ukończonych kursach do oprowadzenia małego biznesu była gotowa zmierzyć się z nowym. Wybór miejsca padł na rządowy budynek L'Esplanade Laurier Mall (pamiętne exposé "my rząd się wyżywimy" wciąż aktualne) u zbiegu ulic Bank i Laurier. Tu w dniu 1 listopada 2005 otworzyła punkt gastronomiczny szybkiej obsługi (fast food) o profilu - kuchnia polska. A tu obok "Chińczyk", "Grek", "Libańczyk" ...no i frytki, bo jak bez nich żyć. Czy przyjdą? Czy kupią? Czy polubią, wrócą i pozwolą przetrwać? Takich retorycznych pytań pani Irena miała moc.

Urzędnik kanadyjski, bo to główny tutaj konsument, musiał wybierać miedzy tym, co już zna a nowym. Niestety wybierał to, co ...znał. Jak sama mówi, początki były trudne, ale po dostosowaniu jadłospisu pod tutejsze gusta, zaczęło się wreszcie "kręcić". Szyld "polish food" zamieniła na "european cuisine" i dodała ...lazanie.
A i otaczający panią Irenę restauratorzy, mimo wrogich na początku zachowań (trzeba było postraszyć sądem!), w końcu zaakceptowali tą "nową". Inność pani Ireny nie polegała tylko na jadłospisie (sznycel, gołąbki, pierożki, kiełbasa, sałaty itd.), ale na "polskim akcencie" w angielskich zdaniach. Jak mówi - "Nigdy tu nie chodziła do szkoły, nie było czasu. Język techniczny opanowała w pracy, ale ten... codzienny czy... literacki... i tu kłopot. Uparta, i z tym daje sobie coraz lepiej radę".
"Wreszcie czuję się u siebie. Przychodzący na lunch urzędnicy chętnie z nią rozmawiają, żartują. Ponieważ popyt na jej dania wciąż nie równa się kolejce, jaką ma "Chińczyk", zapytała - co lubią jeść Kanadyjczycy? Ja wam ugotuję". Urzędnik po chwili zastanowienia odpowiedział - To, co im się wmówi. Czyli reklama "w ciemno" z gatunku - "U nas zdrowa oliwa bez cholesterolu!" Zero fat! Zero salt! Zero i co tam jeszcze!! Jak ciężko zmienić ludziom gusta to już wie, ale wierzy też, że wszystko jest możliwe. Ostatnio zrobiła kurczaka w miodzie. Jędzą! Nauczyła swoich klientów jeść polskie zupy. Dziś zamawiają nawet szczawiową! Na lato przygotowuje "nadziewaną pieczarkami bułkę" Tak, tak to samo, co w latach pustych półek w Polsce serwowali z przyczep kempingowych obrotni handlowcy. Może i tu się sprawdzi? Ma być - szybko, tanio, wygodnie, czyli ciepła kanapka w rękę i na dwór urzędniku, na słońce po witaminę D!
Cóż można by życzyć pani Irenie?
"Oczywiście, że więcej klientów! Żeby Kanadyjczycy nie bali się polskiego jedzenia, żeby zaufali, że moje jest domowe, zdrowe i przy tym tanie."

Mini restauracyjka pani Ireny zainteresowała kulinarnego krytyka stolicy panią Gay Cook "The Ottawa Citizen", która napisała artykuł pt. "Euro-Granny's cuisine delivers a hearty lunchtime fix." Egzamin z polskiej kuchni zdała na piątkę! Smakowało. Ottawa Citizen News

[ Jolanta Szaniawska ]

top