Z cyklu:- Do piersi przytul psa, weź na kolana kota
MIŁOŚĆ BEZWARUNKOWA

Eva Gudrymowicz Schiller

Prince trafił do nas jako sześciotygodniowy maluch, prosto z wystawy sklepu. Mały czarny kłębuszek od razu zawładnął sercami wszystkich domowników. Imię miał dostać drogą losowanie, ale los w tym względzie nie był przychylny dla naszego przyszłego księcia i wybierał mu imiona takie jak Guffy, Bimbuś, Killer. Co jedno to gorsze i moim zdaniem absolutnie do niego niepasujące. W końcu powiedziałam głosem nieznoszącym sprzeciwu, że będzie się nazywał Prince. Wprawdzie jeszcze na księcia nie wyglądał, ale nie wątpiłam, że będzie dystyngowany, pełen godności, jak na pudelka przystało. Czas pokazał,że miałam rację

Tymczasem był chętny do przytulania, rozkosznie nieporadny, no i miał swoje zdanie, oczywiście odmienne od naszego. Różnice dotyczyły takich spraw, jak na przykład, załatwianie swoich codziennych potrzeb. Prince miał zamiar to robić w domu, a my upieraliśmy się, że na zewnątrz. Po moich namolnych żądaniach w końcu dał się przekonać. Od tego czasu zachowywał się jak prawdziwy Prince i swoje sprawy fizjologiczne załatwiał w miejscu do tego przeznaczonym. Jedna z kolejnych różnic, dotyczyła, tego, który sandał można obgryzać, a który nie. Sama podarowałam mu jeden z moich starych sandałków, (co chyba nie było najlepszym posunięciem wychowawczym), bo widziałam, że zabiera się za wszystkie buty po kolei, ale Prince, widocznie nie lubił tego koloru, bo dalej mu podobały się najbardziej moje czerwone szpilki. Nie powiem, miał dobry gust, mnie podobały się też.
Były i inne zabawne i mniej zabawne zdarzenia, kiedy bawił się w najlepsze z kociakiem sąsiadki, zupełnie nie pamiętając, że w myśl przysłowia, powinien z nim walczyć. Albo to, kiedy korzystając z uchylonych na chwilę drzwi Prince, wybrał się sam na spacer. Po kilku godzinnych poszukiwaniach na jednej z dość ruchliwych ulic, znalazła go moja córka. Był niemożliwe ubrudzony, mokry, głodny i wystraszony, bo zapędził się za daleko i prawdopodobnie nie wiedział, jak ma wrócić. To, że nie wlazł na jezdnię pod samochód wydaje się niepojętym, acz szczęśliwym zrządzeniem losu. Różne przygody towarzyszą przemianie szczeniaka w dorosłego psa, ale jedna rzecz była już wiadoma po miesiącu jego pobytu. To cecha, która, utwierdziła nas w przekonaniu, że swoje imię dostał słusznie. Jak na prawdziwego księcia przystało, nie lubił od początku spać na swoim posłaniu, tylko układał się na kołdrze, przy moich nogach, opierając łepek o moje kostki albo łydki. Oczy przy tym miał tak rozczulające i błogie, że po początkowych moich protestach, zaniechałam walki i pozwoliłam mu tak spać. Czyż można odmówić, takiemu śliwkowemu spojrzeniu, pełnemu miłości i czystej, stuprocentowej niewinności? Patrząc w ślepka, nigdy nie przyszłoby nikomu do głowy, że może być nieposłuszny, czy winny obgryzienia nogi od stołu, albo pogonienia za wiewiórką na drugi koniec parku, zupełnie nie zważając na moje nawoływania. Pełna bezgrzeszność!
Jedzenie to było kolejną cechą, która plasowała go w szeregu arystokratów. Prince nigdy nie rzucał się na jedzenie, ani też nigdy nie wykazywał nadmiernego nim zainteresowania. On był zapraszany do posiłku, namawiany do zjedzenia i raczej nie jadł cały dzień, niż zjadł coś, co mu nie smakowało. Tak było przez całe jego życie, ale dzięki temu pozostał długo sprawny fizycznie i szczupły do końca. Kiedy na dworze była deszczowa pogoda, Prince zdecydowanie odmawiał wyjścia na spacer i po prostu wstrzymywał swoje potrzeby tak długo, dopóki deszcz ustał. Jeśli po ulewie trawniki były jeszcze mokre, mój piesio, jak baletnica przechodził po krawężnikach, ostrożnie, żeby nie zamoczyć sobie łapek. Załatwiał się szybko i natychmiast wracał do domu. Również jak książe miał wrażliwy, emocjonalny charakter. Panicznie bał się burzy i grzmotów. Inne hałasy, czy to stukanie młotkiem, czy odgłos kosiarki, wprawiały go też w nerwowy niepokój. Potrzebował wtedy się przytuleń, zapewnień, że wszystko jest w porządku i stałej mojej obecności przy sobie. Z biegiem lat, ta cecha się pogłębiła i w ostatnich latach jego życia już mu moje głaskania nie wystarczały, na głośniejszy dźwięk chował się w popłochu pod łóżko. Ale wtedy już też doszedł problem katarakty i Prince widząc coraz mniej, opanowany był większym lękiem.

Ale póki, co zmieniał się w dorosłego psa i do głosu doszła jego samcza natura. Prince zaczął dostrzegać odmienną płeć i coraz bardziej to go interesowało. Miał już ponad rok i niekiedy siedząc pod drzwiami frontowymi, dawał nam do zrozumienia głośnym, pełnym pragnienia skomleniem, że wyczuwa tą suczkę o kilka ulic dalej i powinniśmy go do niej puścić.
Niemrawo zaczęliśmy się rozglądać za małżonką dla Princa, ale prawdopodobnie nic by z tego nie wyszło, gdyby nie przypadek. Otóż okazało się, że rodzice kolegi mojego syna mają suczkę, która właśnie jest w nagłej potrzebie. Uzgodniliśmy telefonicznie datę ewentualnej randki, właściciele panienki podali adres i w niedługo potem, czując się nieco jak przyzwoitka, zabrałam mojego naładowanego erotyczną energią psa do samochodu i pojechaliśmy. Suczka mieszkała niedaleko nas, ale dzielnica nie była mi dobrze znajoma. Szukałam jakiś czas ulicy i tylko z natężenia odgłosów dochodzących z Princa gardła, orientowałam się, że już jesteśmy blisko. Kiedy parkowałam przy krawężniku, pies szalał w samochodzie. Otworzyłam tylne drzwi, ale zanim zdążyłam mu przypiąć smyczę do obroży, Prince jak piskorz wyślizgnął mi się z rąk i pomknął przed siebie. Oczywiście zawołałam za nim, ale gdzie tam...Mogłam sobie wołać do upojenia. Dla opanowanego chucią samca, nie istniałam. Nie miałam natomiast wątpliwości, gdzie mieszkała przyszła narzeczona, Prince jak po sznurku pobiegł do odpowiedniego domu, zanim ja zdążyłam znaleźć właściwy numer. Jak się potem dowiedziałam od właścicieli suczki, ona też go wyczuła na odległość, bo już od jakiegoś czasu warowała przy drzwiach w środku. Gospodarze na mój dzwonek otworzyli nam drzwi i zanim zdążyliśmy się sobie przedstawić i się zapoznać, nasze psy nie traciły czasu. Kiedy wszyscy weszliśmy do pokoju, oba psiaki były w siebie...hmm ... wtulone(?). Zrobił się niejaki problem, bo ani ja, ani pani suczki nie bardzo wiedziałyśmy jak zareagować, ani jak im pomóc, za to jej mąż, zdecydowanie radził zostawić ich w spokoju, żeby poradziły sobie same. Okazało się,że miał rację, psy po jakimś czasie uwolniły się od siebie nawzajem i straciły sobą zainteresowanie. Dopiero teraz przyjrzałam się partnerce mojego Princa. No cóż, miłość nie wybiera. Była większa i solidniej zbudowana od niego, cała biała i jak się dowiedziałam sporo starsza. Miała osiem lat, ale jak widać to nie przeszkadzało. Miała sympatyczną mordkę i ciemne duże oczy. Nie była pełnej rasy przedstawicielem, ot połączenie latsu apsu z pudlem. Właściciele Miśki, chcieli mieć szczeniaki, więc dla większej pewności, umówiliśmy się jeszcze raz za kilka dni. W połowie października, zadzwonił telefon. Jakiś rozhisteryzowany głos wydyszał do słuchawki;
- O rany, ona rodzi,ja nie wiem, co mam zrobić, a żona jest w pracy. Oderwana od książki, pomyślałam natychmiast, że to raczej dobrze, że nie ma żony, skoro jakąś tam ona rodzi. Żona mogłaby być dodatkową komplikacją w takiej sytuacji. Nieznany mi głos tymczasem wydzierał się nadal.
- Już są dwa, a widać trzeciego!
Olśnienie na mnie spadło razem z błyskawicą za oknem. Dopiero teraz poznałam właściciela Miśki.
Spojrzała przez okno na typową październikową aurę. Deszcz uderzał o szyby, błyskawice raz po raz rozcinały niebo.
-Też sobie wybrała porę na rodzenie - pomyślałam - a głośno powiedziałam. -Ja myślę, że ty nic nie musisz robić, Miśka sobie poradzi sama. Ale jak chcesz to przyjadę, tylko, że ja też nie bardzo wiem, co mogłabym zrobić. -Dobra, poczekamy jeszcze trochę, na razie wygląda, że to już chyba koniec. Zadzwonię za jakiś czas.
Zadzwonił po dwóch godzinach. Głosem cichym i zmęczonym, jakby to on brał najbardziej aktywny udział w całym przedsięwzięciu, powiedział - Jest osiem!
-Cooo? Osiem? Biedna Miśka. Musiała się namęczyć! Ale patrz, jaki zuch z mojego Princa!
Oczywiście pojechaliśmy obejrzeć Princowe dzieci, kiedy tylko było można. Były dwa czarne jak tata, cztery białe jak mama i dwa wymieszane. Coś takiego jak kawa z niewielką ilością mleka. Obie suczki. Wszystko to trochę większe od myszek i podobnie piszczące. Miśka leżała na boku i z miną męczennicy pozwalała swoim dzieciom dobierać się do pokarmu, kiedy tylko chciały. A bractwo było żarte jak szarańcza. - Muszę pilnować, bo te dwa są najsłabsze, i gdybym im nie pomogła, nie dostałyby się wcale do tej mleczarni - powiedziała do mnie pani Miśki. Spojrzałam na nią z podziwem, - To kawał niezłej roboty odchowanie tych pędraków. Wcale ci nie zazdroszczę. Z ulgą wróciłam do domu gdzie na mnie czekał tylko jeden pies - sprawca całego zamieszania. Następny raz pojechaliśmy obejrzeć szczeniaczki, gdy miały chyba około sześciu tygodni. Wszystkie jak jeden były rozkoszne. Poszczekiwały radośnie, zaczepiały się nawzajem, bawiły się i przewracały się jak małe pluszowe misie. Kiedy wyciągnęłam rękę, wszystkie zaczęły ją z zapałem lizać. Podniosłam jedną z tych kawowych suczek. Panienka zachowywała się spokojnie, popatrzyła mi uważnie w oczy a potem z wielkim namaszczeniem dała mi buziaka prosto w nos. Już wiedziałam, że przepadłam. To była wzajemna miłość od pierwszego wejrzenia.
Tak do taty dołączyła Smokey. Nie było problemu z jej imieniem, bo ona od razu wyglądała na Smokey. Sierść na całym pulchnym ciałku była koloru ciemnego beżu, za to końcówka każdego włosa, miała ciemny, jakby nadpalony nalot. Wyglądała jakby pełen zapału fryzjer zrobił jej bardzo precyzyjne pasemka. Niestety, ta ozdoba po pierwszym strzyżeniu znikła i więcej nie odrosła. Z biegiem lat Smokey nabrała koloru bardzo jasnego beżu. Mordkę miała pełną ekspresji. Można było bez problemu wyczytać w wielkich ciemnych oczach, jakie uczucia zagościły w danej chwili w jej psim serduszku; czy to była radość, niezadowolenie, czy znudzenie czy lęk. Nawet, kiedy leżała bez ruchu, jej oczy zmieniały wyraz, wraz ze zmieniającymi się wydarzeniami wokół niej.
Prince nie był chyba zachwycony nowym domownikiem, początkowo omijał ją z daleka, ale Smokey nie pozwoliła się ignorować. Wprost siłą wdarła się do jego posłania jak i do jego serca. Miała też charakterek. Od razu uznała, że jest najważniejsza w domu i całkowicie zdominowała Princa. Właściwie wina była również i jego, bo po krótkim okresie niechęci zaakceptował ją i od razu jej na wszystko pozwolił. Nie myślę, żeby wiedział, że jest jego córką, ale jednak wyczuwał, że jest malutka i chętnie jej oddawał swoje zabawki, psie ciasteczka, pozwalał leżeć na lepszym miejscu, albo też całkowicie na nim, pozwalał też jej się pierwszej najeść, a ona z tego skwapliwe korzystała, wybierając, co lepsze kąski z obu misek. Niejednokrotnie musiałam interweniować w tą psią aferę. Myślę również, że dla niego Smokey pozostała na zawsze malutka, choć z czasem zrobiła się wyższa i większa od niego. Smokusia od początku bała się obcych psów, Prince, natomiast był przyjaźnie nastawiony do współplemieńców, i każdego czworonoga na spacerze witał wesołym machaniem ogonka. Smokey chowała się za mnie, albo za najbliższe drzewo. Jednak, gdy mimo to, obcy pies ją i tam znalazł i choćby nawet miał jak najlepsze zamiary, moja suczka kuliła się przy ziemi z głośnym lękliwym skomleniem. Na taką sytuację zawsze reagował Prince. Doskakiwał do delikwenta z groźnym ujadaniem, bez znaczenia, czy pies był jego rozmiarów czy dużo większy. To się powtarzało zawsze, Prince na każde skomlenie Smokey, był zaraz przy niej gotowy do obrony. Ona zresztą odpłacała mu tym samym, nie broniła go wprawdzie przed innymi psami, ale za każdym razem, kiedy zaskomlał z bólu,( jak na przykład wtedy, gdy miał zadarty paznokietek, wiadomo - Prince, lub wtedy, kiedy miał problem z krzyżem), Smokey zaraz sprawdzała, co się z nim dzieje i dla pocieszenia lizała go po mordce. Psu miały też odmienne usposobienia. Prince był łagodny, posłuszny
(oprócz kilku wypadków, o których za chwilę opowiem), po spacerze, lub zabawie, szedł na swoje posłanie i obserwował z daleka, co się dzieje w domu lub spał. W ogóle zachowywał się jak na księcia przystało, jadł tylko to, co mu smakowało i to w niewielkich ilościach. Smokey zaś czekała zawsze na coś lepszego, ale kiedy widziała, że nic lepszego nie będzie wylizywała swoją miskę do czysta i często jeszcze dojadała po Princu. Na spacerze w pobliskim parku, Prince z wielką starannością omijał kałuże, Smokey wchodziła w sam środek i taplała się z wyraźna przyjemnością
- Smokey, ty żabo, wyłaź, jak ty wyglądasz? To tak wygląda lady? - Wołałam bez gniewu, a w odpowiedzi dostawałam pełne szczęścia szczekania, i radośnie uśmiechnięty pyszczek Smokusi.

Od pierwszych chwil suczka w domu stała się moim cieniem. Przez kolejne prawie czternaście lat, zawsze była o pół kroku z tyłu za mną. Kiedy siedziałam przy komputerze ona leżała obok na podłodze, czekając, kiedy jej poświecę chwilę uwagi. Zaczepiała mnie łapką, kiedy przez dłuższy czas byłam zajęta, a kiedy i to poskutkowało jedynie poleceniem w rodzaju - "Smokusia, poczekaj,zaraz skończę" - Smokey zaczynała szczekać z wyrzutem. Nie pozwalała się ignorować, wprost dopominała się pieszczot, okazywania jej uwagi. Kiedy rozmawiałam przez telefon, Smokey siedziała na wprost mnie i patrzyła mi w oczy z ogromną uwagą, święcie przekonana, że mówię do niej. Kiedy ja szłam na górę, nawet na moment, Smoki dreptała za mną, kiedy ja leżałam w wannie, moja suczka leżała na dywaniku przed wanną, czasem dołączał do niej Prince, ale ona była zawsze. W kuchni czasami zawadzała się o nią i niejednokrotnie na nią za to krzyknęłam, bo bywały sytuacje, że nieomal się przewróciłam w pośpiesznej krzątaninie kuchennej, z czymś ciężkim i gorącym w obu dłoniach.
Kiedy wychodziłam do pracy, oba psy wiedziały, że taka jest kolej rzeczy, rano wychodzę i po południu wracam, więc wszystko było w porządku, ale kiedy wychodziliśmy z mężem wieczorem, psy reagowały już, kiedy zaczynałam robić makijaż. Prince patrzał na mnie z nadzieją, ale kiedy mu mówiłam, że zostanie w domu, szedł na swoje miejsce. Smokey natomiast położyła się na samym środku pokoju, żebym jej broń Boże nie ominęła, ułożyła łepek na łapkach i z tragicznym wyrazem w oczach śledziła moje ruchy. Można było powiedzieć, że spotkała ją największa krzywda na świecie. Oczywiście wyzwalała we mnie uczucie winy, więc przemawiałam do niej czule obiecując, że zaraz wrócę, obdarzałam, więc ich oboje niezliczonymi pieszczotami no i jako pocieszenie dostawali psie ciasteczko.
-Zostaw jej zegarek, to będzie dokładnie wiedziała, o której wrócisz- naigrywał się z nas mąż. Znajomi śmieli się, że to nie ja ich, ale one mnie wychowały. Jedna z koleżanek, powiedziała;
-Wiesz, co psy robią, kiedy cię nie ma domu? Trenują przed lustrem miny, które najbardziej na ciebie zadziałają!
Niewątpliwie, coś w tym musi być, bo na mnie te wszystkie ich minki, żałosne, skruszone, nieszczęśliwe, rozbrajające, pokorne, zawstydzone, działały bez pudła. A jak jeszcze doszła do tego łapka, podana bez polecenia - byłam ugotowana.
Smokey miała osiem miesięcy, kiedy zdecydowałam się zrobić jej operacje, sterylizacji. Nie mogłam dopuścić, żeby pies i suka, tak blisko spokrewnieni, byli pod jednym dachem, niewyczyszczeni. Termin już był umówiony za dwa tygodnie. Princowi postanowiłam tego nie robić, może jeszcze kiedyś raz, albo dwa dopuszczę go do suczki, choć na razie nie było żadnej na widoku.
W tym samym czasie mój pies miał swój kolejny przypływ erotycznej energii i znów mi siedział pod drzwiami skamląc żałośnie i czekając na dogodną okazję wystrzelenia w świat, do suczki, którą gdzie tam wyczuł o kilka ulic dalej. Okazja się nadarzyła, jak to zwykle bywa. Ktoś zapukał, ktoś nie domknął drzwi i kiedy się zorientowaliśmy, Prince już od godziny był na zewnątrz. Przez kolejne pięć godzin szukała go cała rodzina. Nie obawiałam się, że nie wróci do domu, bałam się, że wpadnie pod samochód na jednej z ruchliwych ulic, których od lat coraz więcej powstawało koło domu. Miasto rozbudowywało się w tą stronę. Moja wyobraźnia, co raz podsuwała mi mrożące krew w żyłach obrazy. Dzwoniłam nawet do Schroniska dla zwierząt, z zapytaniem,czy ktoś nie zgłosił zagubionego psa. Okazuje się, że tak. Dzwonił jeden rozsierdzony właściciel panienki, że koło jego domu od paru godzin kręci się jakiś mały czarny psiak i czyni jego suczkę nerwową. Życzył sobie, żeby schronisko wysłało ekipę, która złapie delikwenta. Co też schronisko już uczyniło! Adres był w pobliżu nas. Mój syn szybko pobiegł pod dany adres i wytworzyła się przezabawna sytuacja. Princa dostrzegł już z daleka, ale Prince dostrzegł również i jego, a wcale nie miał zamiaru zrezygnować z amorów nic nie wskórawszy. Prince, nie syn! Zaczął, więc od niego uciekać. Ludzie ze schroniska byli jednak z drugiej strony i biedny Princuś poczuł się osaczony. O mało nie wpadł im w ręce, więc z dwojga złego wolał wrócić do domu. Na kolejne zawołanie syna, przybiegł do niego. Moja obawa o psa i wszystkie makabryczne obrazy przed oczami, ustąpiły, jak ręką odjął, kiedy zobaczyłam go całego i zdrowego. Ich miejsce zajęła złość.
- Koniec z tobą! Idziesz razem ze Smokey na operację! - Powiedziałam do pokornie patrzącego na mnie psa i ujmując telefon w celu zadzwonienia do weterynarza. Dzieci nieco protestowały, mówiąc, że po operacji, Prince zmieni "personality".
- Prędzej ja zmienię, "personality", jeśli on jeszcze tak parę razy ucieknie. Po operacji, wycieczki Princa do pobliskich panienek się skończyły, a żadnych objaw w zmianie charakteru nie dało się stwierdzić.

Ale mimo to, choć jak wszyscy twierdzili, moje psy są rozpuszczone jak dziadowskie bicze, nie miałam z nimi specjalnych problemów. Nigdy nikogo nie ugryzły, raczej zachodziła obawa, że zaliżą na śmierć z radości, zdarzały im się jak wszystkim psom spacery niedozwolone, czyli bez mojej wiedzy i udziału, kiedy przecisnęły się na zewnątrz pod płotem w ogródku, albo pogoniły za kotem czy wiewiórką. Wróciły po kilku minutach skruszone i pokorne. Prince z przodu z łapką wystawioną w powietrzu, jak gałązka oliwna, Smokey schowana za nim, niepewna, czekająca na rozwój wydarzeń. Nie miałam z nimi również większych problemów zdrowotnych. Ot, Princa zdarty paznokieć, skaleczona łapka czy infekcja ucha. Smokey nie chorowała w ogóle. Chodziłam z nimi na coroczne kontrole i szczepienie i to jakkolwiek dość kosztowne, opłaciło się, bo dawało mi pewność, że moje pupilki są zdrowe, a, dodatkowe tabletki przeciwko wszelkim robakom a głównie tym sercowym, zabezpieczały ich podczas spacerów po lesie i parku. Moje psy zwykle odwiedzały fryzjera kilka razy do roku, kiedyś jednak postanowiłam dokonać tych zabiegów kosmetyczno-pielęgnacyjnych sama. W końcu cóż to jest? Psy nie są duże, więc nie będzie problemu z ich ostrzyżeniem. Zwłaszcza, że moja córka już niejednokrotnie to robiła i nawet nieźle jej to wychodziło. Tym razem córki jednak nie było, bo już wyprowadziła się do innego miasta gdzie rozpoczęła studia na Uniwersytecie. Syn już też w domu od dawna nie mieszkał. A samo wykąpanie i wysuszenie ich to już pestka. Uznałam, że wygodniej mi będzie najpierw je wykąpać i na mokro obcinać, a nie odwrotnie jak to robią psi fryzjerzy. Na pierwszy ogień poszła Smokey, bo była większa od Princa i przewidywałam, że będę miała z nią więcej roboty. Po wykapaniu i lekkim osuszeniu jej, wzięłam się za nożyczki. Chciałam użyć maszynki też, ale najpierw zamierzałam obciąć dłuższe kudełki w trudno dostępnych miejscach. Jak już wspomniałam, Smokey obdarzała wszystko i wszystkich buziakami. Myślę, że lizaniem wyrażała też swoje różnorakie uczucia. Co tym razem chciała wyrazić? Prośbę, żebym poniechała swoich zabiegów, czy lęk przed nimi Czy może mimo wszystko zaufanie do mnie? Nie wiem!
Zaczęłam od tylnej nogi, cały czas uspokajając moją sunię i zapewniając, że wszystko jest okay. Smokey w tym czasie odwróciła łepek i polizała mnie po ręce. A zaraz potem drugi raz, w tym samym czasie, kiedy klapnęłam nożyczkami. W jednej chwili wszystko się zmieniło! Prawie biała mordka mojej suczki nagle zrobiła się czerwona. Smokey nie wydała nawet dźwięku, tylko patrzyła na mnie z wyrzutem. Tak jak ja bym miała nie dość swojego! O mało, co nie zemdlałam, patrząc na ten zakrwawiony pyszczek. Prince w tym samym czasie, podszedł do mnie i patrząc mi prosząco w oczy położył mi łapkę na kolanie. Prosił, żeby zostawić Smokey w spokoju, czy żeby nie brać się za niego? Boże, własne psy mnie miały za potwora! Wszystko to trwało ułamek sekundy! Jeszcze nie wiedziałam, co wyrządziłam Smokey. Z ilości krwi wyglądało, że harakiri. Obmyłam jej mordkę i dopiero się przekonałam, że nożyczkami zahaczyłam koniuszek jej ozorka i go po prostu przecięłam. Krew już się tak nie lała, choć przy każdym kolejnym liźnięciu Smokey naruszała ta ranę na nowo. Zadzwoniłam do weterynarza po godzinach.
Dowiedziałam się, że język jest bardzo ukrwiony, stąd takie jatki. Ale praktycznie nie można nic zrobić, bo przecież nie założy bandaża, ani plastra. Z mojego opisu, wywnioskował, że rana jest za mała na szwy. Jedynie, co nam groziło to infekcja, więc miałam obserwować moją poszkodowana suczkę i w razie jakiegoś innego, letargicznego, apatycznego zachowania, natychmiast iść z nią do lekarza.
Oczywiście zakończyłam na tym swoje zabiegi kosmetyczne. Smokey już po godzinie była taka jak zawsze, wesoła chętna do zabawy, do przytulania, którego pełna poczucia winy jej nie szczędziłam. Rana na języku się z czasem nierówno zrosła, ale już do końca życia Smokey miała na koniuszku język rozdwojony, ślad po moich nożyczkach.
Lata biegły, psy robiły się starsze, niezmiennie okazywały nam swoją miłość i przywiązanie a same ze sobą zżyły się tak bardzo, że na spacerze jedno bez drugiego nie zrobiło kroku. W domu było inaczej, Prince szedł na swoje posłanie, lub leżał na szczycie schodów, z góry obserwując, co się dzieje, a Smokey była jak zwykle tuż obok mnie.
Któregoś dnia, kiedy Smokey miała już ponad dziesięć lat, zauważyłam, że już nie jest taka szybka jak dawniej, po przebiegnięciu niedużego dystansu, musi się położyć i odpocząć. Prince natomiast był w doskonałej formie fizycznej i w biegach nie ustępował psu koleżanki, który miał trzy lata. Jak, na dwunastoletniego starszego pana, całkiem nieźle? Prince całe życie był niejadkiem i był dużo szczuplejszy niż Smokey, która ... no co tu ukrywać, lubiła sobie podjeść i była dużo pulchniejsza niż tata. Była też inaczej zbudowana, niż on, wzięła więcej po matce, więc była wyższa i ogólnie większa niż on. Zmęczenie jej po gonitwach i zabawach na trawie, było niewątpliwie wynikiem tuszy też, ale chyba również początkiem choroby, o której wtedy nie miałam pojęcia. Coroczne badania nic nie wykazały. Lekarz jedynie powiedział, żeby uważać na jej dietę. Smokey zachowywała się jak zawsze, czyli miała roześmianą mordkę i wesołe kochające oczy. U Prince, doktor stwierdził początki katarakty, co było normalne u psa w jego wieku, ale ponieważ to były naprawdę początki, lekarz zdecydował, że nic nie będziemy robić, bo Prince nie obijał się o sprzęty i dawał sobie świetnie radę. Wtedy na polance, kiedy Smokey dość szybkim marszu, została w tyle i położyła się na minutę na trawie, zdałam sobie sprawę, że moje psy się starzeją i przyjdzie moment, kiedy będę się musiała z nimi rozstać. Oddaliłam tą myśl prędko od siebie, bo psy tak wrosły w życie naszej rodziny, że wydawało się, że są od zawsze i zawsze pozostaną. Niestety tak nie jest! I z tym musimy się liczyć, kiedy decydujemy się wziąć do domu i obdarzyć czworonożnego przyjaciela miłością. Wtedy też postanowiliśmy z mężem wziąć do domu kolejnego czworonoga, tym razem kotka. Kicia, - bo tak dostała na imię, miała trzy miesiące, kiedy do nas trafiła. Od razu się stała pupilką męża, który jak twierdził, nie znosi kotów. Psy ją przyjęły z ostrożnym dystansem. Prince, raczej schodził jej z drogi, ale po miesiącu spali już razem. Princuś był przyjaźnie nastawiony do całego świata. Smokey jednak czasami pokazała Kici zęby, kiedy ta przytuliła się do mnie, ale Smokey była zazdrosna o wszystkich, którzy byli zbyt blisko mnie. Ale cała trójka, może nie tyle się pokochała, co zaakceptowała nawzajem. I jakkolwiek Kicia się czasami przytuliła do Princa i tak zasnęła, to Smokey jej nigdy nie pozwoliła się przytulić do siebie. Przeczekała moment, aż kotka się usadowiła, obserwując ją kątem oka, a potem się z godnością odsuwała na drugi koniec kanapy.
Następne dwa lata przeszło bez zmian. Czasami musiałam wyjechać na kilka dni z domu. Psy tego bardzo nie lubiły. Zostawały wtedy z moim mężem, i z nim chodziły na spacery, ale to nie było to samo, co z "Panią". Nie chciały też jeść. Te dni, kiedy mnie nie było w domu, spędzały siedząc na sofie w salonie i patrząc w okno. Kiedy wchodziłam w drzwi witała mnie rozszczekana radość. Smokey przynosiła mi swoje wszystkie zabawki, jakby chciała powiedzieć - weź to sobie, ale więcej nie wyjeżdżaj, a Prince skakał na pól metra do góry.
A mąż zwykle mówił - Już piętnaście minut temu wiedziałem, że jesteś blisko, psy od kwadransa stoją pod drzwiami. Na początku wiosny tamtego roku, musiałam wyjechać na trzy dni do Montrealu. Po powrocie oczywiście psy mnie przywitały jak zawsze, ale później zauważyłam zmianę w zachowaniu Smokusi. Leżała na podłodze, ciężko dyszała, i co jakiś czas przez jej ciało przebiegały drgawki. Miałam wrażenie, jakby oddychanie sprawiało jej dużą trudność.
Następnego dnia obie poszłyśmy do weterynarza Jego oględziny potwierdziły, że Smokey coś dolega, bo miała suchy nos, ogon opuszczony na dół, (niechybny znak, że pies nie czuje się dobrze), ale rytualne badania nic nie wykazały. Doktor zdecydował się zrobić prześwietlenie, i zaraz potem badania krwi. Ale po prześwietleniu już mieliśmy całą odpowiedź.
Zawołał mnie go gabinetu i pokazał.
- Smokey ma nowotwór na płucach. Niestety, nie jest możliwy do zoperowania. Masa rakowa jest tak duża, że zakrywa serce. Myślę, że wkrótce będziesz musiała podjąć decyzję.
Wyszłam z klinki z twarzą mokrą od łez, trzymając Smokusię na rękach, jakbym się bała, że ktoś mi ją zaraz odbierze i podejmie tą decyzję za mnie.
To się wydawało nie do pojęcia. Dom bez Smokey? Jakże ja mogłam podjąć taką decyzję? Wieczorem rodzinna debata. Z mężem w domu, a z dziećmi przez telefon, bo przecież mieszkają w innych miastach. Ale i tak wiedziałam, że ostateczna decyzja należy do mnie. Zaczęłam podawać mojej suni lekarstwo, które zalecił doktor, nie kryjąc jednak wątłych nadziei, co do jego skuteczności.
Kolejne dni i noce. Niekiedy, zwłaszcza nocą Smokey zachowywała się tak, że byłam gotowa z nią jechać na pogotowie weterynaryjne, żeby ją uśpić, bo nie mogłam patrzeć jak się męczy, bo nie mogłam słuchać jej ciężkiego, strudzonego oddechu. Brałam jej łepek w moje dłonie i mówiłam do niej. Mówiłam, że była moja przyjaciółką, że będę ją zawsze pamiętać. Prosiłam ją, żeby dała mi znak, co mam zrobić. Nie chciałam, żeby się męczyła, ale też nie chciałam podjąć pochopnej decyzji. A nade wszystko nie chciałam się z nią rozstawać. Smokusia patrzyła na mnie smutno i przepraszająco. Wyraz jej mordki i oczu jak zwykle przekazywał wszystko, co się działo w psim serduszku. Prince wyczuwając ból swojej towarzyszki, też był przy niej blisko, i od czasu do czasu lizał ją po pyszczku. Ktoś z pracy mojej córki poradził jej, żebym podała Smokey sok Noni - wyciąg z drzew polinezyjskich. Od razu zaczęłam podawać jej ten płyn dwa razy dziennie. Przez strzykawkę do pyszczka. Nie obyło się bez walki. Lekarstwo było wyjątkowo niesmaczne i trudne do przełknięcia, Smokey broniła się jak mogła. Ale kiedy następnego dnia brałam strzykawkę do ręki i wołałam ją, mimo wszystko przychodziła. To właśnie była cała Smokey. Pełna ufności i oddania. Nienawidziła tego lekarstwa, ale ufała mi, że jej nic złego nie zrobię i z miłości do mnie piła tą wstrętna miksturę. Czy to lekarstwo zadziałało, czy tabletki od lekarza, a może jedno i drugie w połączeniu, w każdym razie rezultat był widoczny już po dwóch dniach, Smokey czuła się znacznie lepiej. Zdarzały się jej jeszcze przez kolejny miesiąc takie sesje nocne jak poprzednio, że doprawdy nie wiedziałam, co robić, ale następnego ranka, zachowywała się jakby te ataki się nie zdarzały. Budziła mnie niecierpliwym liźnięciem w nos, patrzyła na mnie roześmianymi ślepkami, i zaraz przewracała się na grzbiet, żeby ją połaskotać po brzuszku.
- Smokey, ty łobuzico, wykończysz mnie tymi zmianami nastrojów, - mówiłam do niej szczęśliwa, że się już czuje dobrze. Po czym ataki przestały się zdarzać. Bezustannie kupowałam Noni i co miesiąc jeździłam do lekarza po nowe tabletki. Smokey czuła się dobrze, była wprawdzie powolniejsza niż kiedyś i ciężej było jej się poruszać, ale była też starsza. Czasami musiałam jej pomóc wejść na schody, albo ja po prostu wnieść. Nie mogła jak dawniej skoczyć na sofę. Lekarstwo miało jednak ujemną stronę też. Smokey, która miała zawsze apetyt i nigdy jej nie musiałam namawiać do jedzenia, teraz wprost nie mogła się nigdy najeść do syta. Wydawało się, że jest wiecznie głodna. Musiałam zabierać niezjedzony posiłek Princa, albo Kici, bo wyjadała wszystko do czysta. Również siedziała przy szafce, gdzie trzymałam dla nich psie ciasteczka i patrzyła na mnie błagalnymi oczami. Ze wstydem muszę przyznać, że rzadko, kiedy nie uległam. Zwykle Smokey postawiła na swoim. Ale byłam szczęśliwa, że jest jeszcze z nami i że czuje się dobrze. Kiedy po pół roku pojechaliśmy do weterynarza na badania kontrolne i szczepienia, lekarz był zdziwiony, że Smokey jeszcze żyje i czuje się tak dobrze. W tym samym mniej więcej czasie katarakta u Princa zrobiła bardzo duży skok do przodu. Dosłownie w ciągu miesiąca, Prince przestał w ogóle widzieć. Obie gałki oczne pokryło bielmo. Okazało się, że jest za stary na operację. Prince miał już piętnaście lat. Wraz z utrata wzroku, jego strach przed wszelkimi odgłosami przybrał na sile. Już nawet dzwonek telefonu wywoływał w nim panikę. Na spacerach już nie spuszczałam go ze smyczy, bo czuł się zagubiony i nie zawsze potrafił zlokalizować skąd dobiega mój głos. Myślę, że słuch zaczął tracić też. Najbezpieczniej czuł się na górze w jednej z sypialni i bardzo niechętnie dawał się zawołać do jedzenia na dół. Kiedyś jednak spadł ze schodów, więc postanowiłam mu zanosić jedzenie na górę. Znosiłam go na dół tylko wtedy, kiedy go wypuszczałam do ogródka, albo, kiedy brałam ich oboje na spacer. Po powrocie do domu, Prince natychmiast biegł na górę. Drogę do sypialni miał opanowaną i wiedział, gdzie postawić łapkę. Fizycznie cały czas był sprawny, ale zauważyłam, że zachowuje się jak człowiek z dość zaawansowaną demencją. Raz reagował na mój głos, raz nie, moje głaskanie i pieszczoty przyjmował, ale miałam wrażenie, że zadowolony jest, kiedy przestaje go dotykać. Wydawało się, że najlepiej się czuje pozostawiony sam sobie. Zmiana w nim nastąpiła tak szybko, że wydawałoby się, że z dnia na dzien. Zarówno katarakta jak i mentalna strona. Z bólem serca, patrzyłam, jak niegdyś wesoły i chętny do figlów pies, dziś, na dźwięk telefonu, czy odgłos łyżki spadającej na podłogę, ucieka na górę, opanowany demonami, zamieszkałymi w jego psim móżdżku. Doszło do tego jeszcze jego nerwowe obsesyjne, lizanie się, które czasami mogło trwać godzinami. Niejednokrotnie, kiedy brałam go na ręce, albo chciałam go pogłaskać, miał cały grzbiet mokry od własnego języka. Biedny Princuś, jakże mogłam mu pomóc?
Coraz bardziej przyjmowałam do wiadomości, że moje oba psy wybierają się na drugą stronę. Smokey czuła się nieźle, ale wiedziałam przecież, że jest to stan przejściowy. Póki, co cieszyłam się każdym dniem spędzonym z nimi. Zdawałam sobie, że moje pieski już nie pachną tak jak szczeniaczki i że starość i choroba, tak jak u ludzi, tak i u zwierząt ma swój specyficzny, nieprzyjemny zapach, ale mnie to nie przeszkadzało. Mąż czasami wspomniał o tym, ale i on, choć nie miał tak emocjonalnego związku z nimi jak ja, pogodził się z tym.
Mniej więcej w rok po tym, kiedy została zdiagnozowana, Smokey odmówiła brania soku Noni. Do tej pory, choć się wykrzywiała i starała się go wypluć, zawsze jednak przychodziła, kiedy ja wolałam, teraz, kiedy brałam strzykawkę do ręki, uciekała i chowała się gdzie mogła. Kilka razy ją przyniosłam do kuchni i mimo wszystko dałam jej preparat, ale kiedy to się powtarzało, co dzień, uderzyła mnie myśl. - Czy nie prosiłam ją, mi żeby dała znak, jak mam postąpić? Może właśnie w ten sposób mi okazuje, żebym pozwoliła jej odejść? Od tego dnia przestałam jej podawać Noni. Wiedziałam już, że któregoś dnia będę musiała pojechać z nią do weterynarza i wrócić sama, ale wiedziałam też, że ona mi dała cały rok oswojenie się z tą myślą, na przygotowanie do tego dnia. Moja śliczna, wiecznie uśmiechnięta sunieczka.
W kilka tygodni później zauważyłam, że Smokey już nie je tak jak kiedyś, natomiast bardzo dużo pije, jakby trawiło ja nieustanne pragnienie. W różnych punktach domu, porozstawiałam miseczki ze świeżą wodą. Zdarzył jej się raz i drugi incydent, że zamoczyła podłogę, kiedy wyszłam z domu na dwie godziny, no, ale to ciągłe picie, musiało gdzie znaleźć sobie ujście. Witała mnie wtedy z wzrokiem odwróconym od moich oczu, zawstydzona tym, co jej się przytrafiło. Od czasów szczenięcych po raz pierwszy.
Głaskałam ja po łebku, mówiąc łagodnie - Wszystko jest w porządku, Smokusiu. Budziła mnie kilka razy w nocy, bo musiała wyjść na dwór. Schodziła ze schodów sama, ale wejść już nie miała siły. Wnosiłam ją na górę na rękach. Całe 24 funty mojej Smokey. O tym żeby spała na dole z daleka od pani, nie mogło być nawet mowy.
Któregoś dnia zauważyłam na jej mordce niedużą ranę. Przy bliższych oględzinach okazało się, że jest świeża, jakby dopiero, co skaleczona. Zastanawiałam się, gdzie się tak mogła zranić. Obmyłam jej pyszczek, posmarowałam gojąca maścią. Rana jednak nie zagoiła się, ale na grzbiecie, a potem na nodze, zrobiła się następna. W ciągu następnych 24 godzin otworzyły się jeszcze dwie. Krwawiące, ropiejące, prawdopodobnie bardzo bolesne. Już wiedziałam. Rak doszedł do takiego stanu i rozmiaru, że wyrzuca na zewnątrz. Była niedziela, wiedziałam już, że jutro będę musiała zawieźć Smokey do kliniki. Zwłaszcza, że widziałam, że chodzi coraz ciężej, jakby każdy krok sprawiał jej trudność. Mimo to jednak jak przez wszystkie lata, podążała za mną jak cień. Prosiłam ją; -Smokusiu, nie chodź za mną, ja zaraz wrócę, zostań tu!
Smokey jednak nie wyobrażała sobie, że może być dalej niż pół metra od swojej pani. Za każdym razem, kiedy zmieniałam miejsce pobytu, zwlekała się z podłogi i szła za mną. Psia miłość i lojalność silniejsza niż ból i choroba.
W poniedziałek umówiłam się z mężem pod kliniką weterynaryjną. Zwolnił się z pracy, żeby być z nami.
- Słuchaj, ja z nią wejdę, ty zostań na zewnątrz. Strasznie to przeżyjesz i będziesz ją tak pamiętać - powiedział mój mąż. Wiem, że chciał mi zaoszczędzić łez i bólu. Są jednak chwile, przez które trzeba przejść.
-Możesz wejść ze mną, ale ja z nią muszę z nią być. Ona musi czuć swoją panią przy sobie w tej najostatniejszej chwili.
Kiedy nas zawołano, do gabinetu, mój silny, mocny mężczyzna, zrejterował. Pogłaskał Smokey po łebku i powiedział;
-Poczekam tu na ciebie.
Przygotowano Smokey do zabiegu. Pielęgniarka założyła jej kroplówkę i zostawiła nas same. Doktor miał nadejść za chwilę. Widziałam, że Smokusia się czuje bardzo źle. Zachowywała się letargicznie, jakby już nic jej wokół nie obchodziło.
- Smokey, Smokey spójrz na panią - zawołałam po cichu.
Spojrzała na mnie, ale był to już wzrok zaszklony mgłą.
- Już zaraz wszystko cię przestanie boleć. Zaraz zaśniesz i będziesz spała długo. Byłaś moja najwierniejsza przyjaciółką i zawsze cię będę pamiętać.
Przytuliłam jej łepek do siebie, pocałowałam miejsce między brwiami.
Wszedł doktor.
Spytał czy jesteśmy gotowe. Kiwnęłam głową, bo nie byłam w stanie odpowiedzieć. Smokey siedziała przytulona do mnie, kiedy wbijał igłę w kroplówkę, Trzymałam jej mordkę w dłoniach w taki sposób, żeby tuż przy nosie miała moją rękę, żeby jak najbardziej czuła mnie przy sobie. Mówiłam do niej po cichu. Mówiłam, że ją kocham i że była moja najukochańszą sunią. Moje łzy zwilżyły jej jasny łepek. W pewnym momencie jej ciałko zrobiło się wiotkie i miękkie, a gdy obniżyłam ręce Smokusia opadła na swoje łapki. Oczy miała cały czas otwarte. Lekarz posłuchał jej serca. Już nie biło. - Zostawię was same, kiedy będziesz gotowa do tego, po prostu wyjdź, my zajmiemy się resztą.
Spojrzałam na ciałko mojego pieska. Z mordką ułożoną na łapkach i otwartymi oczami, wyglądała tak, jak zawsze wtedy, kiedy wychodziliśmy z mężem wieczorem z domu i ja zaczynałam się malować, a Smokey leżała na środku pokoju, jakby chciała zaznaczyć, że ona tu jest i żebym o tym nie zapomniała.
Pogłaskałam ją po futerku. - Nie zapomnę cię Smokusiu. Spij spokojnie. Już cię nic nie boli.

Kiedy wróciliśmy z mężem do domu przywitała nas cisza. Prince jak zwykle był na górze, Kicia uganiała się gdzieś na dworze za myszkami. To zawsze Smokey stała przy drzwiach i czekała na nas. To chyba jedna trudniejszych barier do pokonania. Otwierasz drzwi i nagle wita cię przeogromne niekłamane psie szczęście. Czasami się odganiasz, przed tym żywiołem uczuć, bo zakupy, bo zimno na dworze, bo wracasz zmęczony od swoich spraw i marzysz tylko o gorącej kąpieli i dopiero wtedy, kiedy wita cię tak cisza, jak nas powitała po raz pierwszy tego dnia, gdy zasnęła Smokey, rozumiesz, jaka bezwarunkową, altruistyczną miłość straciłeś.
Poszłam do Princa na górę. Prawdopodobnie coś wyczuł, bo dreptał nerwowo na środku pokoju, kierując swoje niewidzące oczy we wszystkie strony. Czekał niewątpliwie, że Smokey podejdzie do niego tak jak zawsze, trąci go noskiem, lub powącha. Wzięłam go na ręce i wśród przytuleń i łez powiedziałam mu, że Smokusi już nie ma. Przez następne kilka godzin, Prince kręcił nerwowo się po domu, nawet podszedł do schodów, czego do tej pory unikał. Szukał swojej towarzyszki. Kolejne dwa miesiące były prawie takie same. Prince cały czas czekał na nią i bezustannie jej szukał. Budził mnie w nocy, (czego przed tym nigdy nie robił) a kiedy wypuszczałam go na ogród, stał i nadsłuchiwał, czy z którejś strony Smokey nie nadchodzi. To powtarzało się po kilka razy, noc w noc,. W dzień było podobnie. Obchodził cały ogród, obwąchiwał każdy krzaczek, przystawał nadsłuchiwał, czasami zaskomlał. Nie mogłam patrzeć na tą psią tęsknotę. Jeszcze przecież nie uporałam się ze swoją. Jak mam mu wytłumaczyć, że Smokey musiała odejść? Może powinnam wziąć ich razem wtedy do kliniki? Pamiętam, że taka myśl przebiegła mi nawet przez głowę, kiedy postanowiliśmy uśpić naszą suczkę. Ale jak można decydować o życiu drugiego stworzenia. Dla Smokey wtedy nie było już ratunku, ale Prince był fizycznie zdrowy, wprawdzie miał swoje fobie i lęki no i oczywiście kataraktę, ale warunki jakie mu stworzyliśmy przy tym były chyba nie najgorsze do życia dla naszego staruszka. Teraz po kilku miesiącach od odejścia Smokey, wyraźnie widzieliśmy,że Prince jest coraz bardziej zdezorientowany i zagubiony. Przez lata życia pod jednym dachem psy, nie tylko pokochały się i zżyły ze sobą bardzo, ale również w jakiś sposób komunikowały nawzajem. W czasie, kiedy Prince już nie widział, myślę, że Smokey była mu pomocą i przewodnikiem i teraz, kiedy jej zabrakło, Prince posunął się jeszcze bardziej w swoich lękach i w swoim zagubieniu. Ja, jakkolwiek go pieściłam, mówiła do niego i starałam się mieć go przy sobie jak najczęściej, widać nie mogłam mu zastąpić partnerki życia. Przyszedł moment, że Prince, przestał prawie w ogóle jeść, - nigdy nie był wielkim zwolennikiem jedzenia, ale co mnie jeszcze bardziej martwiło, przestał pić. Leżał na swym posłaniu i od czasu do czasu lizał się nerwowo, nie chciał już wychodzić i szukać Smokey. Widoczne było,że zrozumiał, że jej nie ma i nie mógł się z tym pogodzić. Zupełnie tak jak ja. Ale ja to brałam na rozum. A jak miał to wziąć biedny Princuś.
Mąż mówił - Zrobisz jak chcesz, ale przecież widzisz, że on się męczy.
Miał racje. Nie mogłam już dłużej pozwolić na to żeby pies cierpiał. Wiedziałam, że decyzja jest jedna. W prawie trzy miesiące po odejściu Smokey, znów znaleźliśmy się w tym samym gabinecie. Przytuliłam Princa po raz ostatni, ucałowałam czarny łepek i powiedziałam ;
- Princuś, byłeś pani dobry piesio! A teraz idź do Smokusi! Ona na ciebie czeka!

Wychodząc z kliniki dla zwierząt, postanowiłam,że nie będę już miała żadnego psa. Jest jeszcze Kicia domu i nie chce już nikogo więcej. Nie mam siły przywiązywać serca do kolejnego psa, a potem przechodzić przez takie rozdarcia i przygnębienia jak przez ostatni kwartał
W ciągu następnych tygodni i potem miesięcy, ta decyzja, jakkolwiek cały czas we mnie tkwiła, to nieco straciła na swojej mocy.
Dom bez psów zrobił się za duży, za cichy i za pusty. Bez ich radosnego szczekania, bez ich zabaw, bez całej tej psiej szczęśliwości i przytulność, jakie wnoszą w nasze życie. I wtedy przypomniały mi się słowa, które kiedyś powiedziała mi moja koleżanka.
"- Musisz sobie zrobić bilans. Po jednej stronie umieścić wszystkie kłopoty, finanse, psie choroby, bałagan, jaki robiły w domu, twoje łzy i rozterki, z ich powodu. A na drugiej stronie umieść radość, jaką ci wniosły do domu, miłość, jaką cię obdarzały przez te wszystkie lata, i wtedy zobaczysz. Jeśli taki bilans ci wyjdzie na plus, to z pewnością będziesz miała kolejnego psa.

Usiadłam w tym pustym domu, mąż był w pracy, Kicia jak zwykle na włóczędze, wróci dopiero około pierwszej w nocy. Uprzednio pokaże mi się parę razy, ale do domu się nie da zagnać. Przymknęłam powieki i jak w kalejdoskopie przewinął mi się przed oczami film ostatnich szesnastu lat. Mały Prince niezdarny i zabawny, Prince i mała Smokey na pierwszym spacerze razem, Prince skaczący mi prosto w ramiona, kiedy wróciłam po niedługiej nieobecności do domu. Smokey tuląca się do mnie i liżąca moje zalane łzami policzki, kiedy dostałam złą wiadomość z Polski. Smokey kręcąca się po kuchni, kiedy ja gotowałam obiad. Potykałam się o nią niekiedy, czasami na nią krzyknęłam, ale ona musiała być blisko pani. Psy baraszkujące razem na dywanie. Ostrożne i patrzące na mnie z uwagą, kiedy wróciłam ze szpitala po operacji do domu. Wyczuły, że coś jest nie tak, że nie można na panią skakać. Delikatne i czule jak najlepsza pielęgniarka. I te ostatnie, chora Smokey, a jednak ciężko człapiąca za mną i patrząca mi z przeogromną miłością w oczy. Prince, leżący na swoim posłaniu i po woli odchodzący od nas z żalu za swoją przyjaciółką. Otworzyłam oczy i nawet nie zauważyłam, że moje policzki są mokre od łez. Natomiast trafiło do mnie co innego
-Ależ tak! Zosia ma rację. Nie jest istotne, to, co było niełatwe, czy nieprzyjemne w ciągu tych lat; sprzątania po psach, uczenie ich dobrych manier, wcale nie małe koszty leczenia czy wizyt u lekarza. Nawet ten żal i smutek, po ich stracie, który jest niejako wpisany w koszty własne od samego początku. W ogólnym rozrachunku liczy się ich stała obecność, niekłamane, olbrzymie uczucie, jakim nas obdarzają, bez względu na cokolwiek, nieważne czy jesteśmy biedni, piękni czy mądrzy, lub nie, nieważne czy mamy pokaźne konto w banku, czy też karty do płacenia, one nas kochają niezmiennie. Nie stawiają żadnych warunków, nie chcą nas zmieniać, nie żądają nic w zamian. I czasami, kiedy je skarcimy, krzykniemy w gniewie, nie pamiętają tego. Nie trzymają w sercu, żeby po latach wypomnieć. Kochają nas dalej mimo naszych wad i zalet, mimo urody lub jej braku, mimo wszystko. Gdzież na świecie można znaleźć taka bezwarunkowa miłość. Czy druga osoba jest w stanie kochać tak niezawodnie, niestrudzenie i stale?
Już wiedziałam, że do mojego domu wkrótce zawita nowy członek rodziny. Moich psiaczków, Princa i Smokey, nigdy nie zapomnę, biegają sobie teraz po wiecznie zielonych łąkach i parkach, gdzie nie ma bólu, starości i chorób, ale chcę obdarzyć miłością innego psa. Zosia miała rację. Mój bilans też wyszedł na plus.

gwiazdzista@rogers.com


top