Ż Y C I E    P O L O N I I





Piknik naszej Rodziny
[Jolanta Nadzieja Szaniawska]










Trzecia niedziela sierpnia... to ostatni moment, aby urządzić rodzinne spotkanie pod gruszą! Farma państwa Gałków, na której od lat spotykają się parafianie zgromadzeni przy kościele pod wezwaniem Św. Jacka Odrowąża, znów tętni życiem. Ogród, po którym jeszcze wczoraj chodzili śp. Maria i Zygmunt Gałkowie, pełny jest gości. Przybyli całymi rodzinami, by w modlitwie i wspólnym posiłku spędzić ten świąteczny dzień by choć chwilkę ze sobą porozmawiać, dziećmi i wnukami pochwalić, pożartować, a jak trzeba to i dobrym słowem wesprzeć. Jak to w rodzinie.

Skąd ta farma na mapie Polonii?

Miałam to szczęście, że osobiście poznałam gospodarzy Marię i Zygmunta Gałków. Losy mieli podobne, tułacze, nasze polskie.
Oboje pamiętali czas budowy II Rzeczpospolitej, urodzajne łąki i pola kresów wschodnich, napad Sowietów na Polskę, wywózkę na Syberię, głód i morderczą wędrówkę przez stepy, przysięgę "Bóg Honor Ojczyzna, dumę z noszenia polskiego munduru i ofiarną walkę o wolną Polskę pod sztandarami II Korpusu. Tej wolnej się nie doczekali. Do sowieckiej bali się wracał.

Oboje żołnierze, poznali się na froncie. Pokochali i pobrali. Gdy on szedł zdobywać Monte Casino, ona w ciąży czekała poza linią frontu. Tam też, w Palestynie urodził się ich pierwszy syn - Leszek. Koniec wojny nie był dla nich końcem tułaczki. Frontowe małżeństwo, powiększone o kolejne dziecko, domu szukało w dalekim świecie. Najpierw była Argentyna, po niej Kanada, gdzie na zawsze już osiedli. Teraz, grób ich znajduje się na katolickim cmentarzu Notre Dame w Ottawie.

Pan Zygmunt, syn osadnika wojskowego z Kresów Wschodnich rósł wśród pól i łąk. To pamiętał, za tym tęsknił. A tu nowy kraj, wszystko trzeba było zaczynać od początku. Małe dzieci, żona i cały z tym związany świat wypełniał mu bez reszty życie. Co nie znaczy, że nie miał czasu na pracę społeczną.

Wraz z innymi frontowymi kolegami budował w Ottawie "małą Polskę". To dzięki Stowarzyszeniu Kombatantów Polskich, bo innej "zorganizowanej emigracji niż wojenna tu nie było, mamy "swój" Kościół i Dom Polski SPK! To po nich zostanie, i o to my mamy dbać, by nie przepadło!

Z zawodu pan Zygmunt był elektrykiem, więc na brak pracy nie narzekał. Były też pieniądze. Miasto, w którym mieszkał i pracował, dusiło go... Trudno w to uwierzyć, bo Ottawa lat 70-tych nie była metropolią, o nie. W 1976 roku zrealizował swe marzenie i zakupił podupadłą farmę w Osgoode, przy drodze nr 31. I tak dla rodziny Gałków zaczęło się życie na dwa domy - jeden w mieście, drugi na wsi. O tym, jak to wtedy było niech posłużą wspomnienia śp. Marii Gałko, które zamieściłam w art. "Nasze spotkania są już tradycją!" - Gazeta, 30 lipca 1998r).

"Farma - to była istna ruina! Przez pierwsze lata musieliśmy gospodarstwo jakoś podciągnąć, doprowadzić do użytku. Tu, gdzie jest teraz ogród było składowanie drzewa na opał. Ono było wszędzie, pod jabłonkami, gdzie dziś rozłożyliśmy stoły, były jego całe sterty. Nic dziwnego w tym nie ma. W tamtych latach ogrzewano tylko drzewem i każdy farmer zwoził je, skąd tylko mógł. Wreszcie usunęliśmy te ogromne bale i wtedy odbył się pierwszy piknik naszej organizacji - Piknik SPK. Myślę, że był to rok 1979. Usiedliśmy tam, koło domu... Tak ładnie to wszystko wyszło, że później każdego lata mieliśmy tutaj kombatanckie spotkania."

Nie tylko SPK, ale parafian, piłkarzy, inżynierów, harcerzy - w myśl staropolskiej tradycji - Gość w dom, Bóg w dom. Pole z małym, upadającym domkiem szybko zmieniło swój obraz. Odremontowany dom powiększył się o kolejne pokoje, rósł wymarzony ogród, drzewa przywiezione ukradkiem z Polski owocowały... Pięknie było!

"Nasz farma jest to bardzo zabytkowy kawał ziemi. Tu przed dziesiątkami lat stacjonował tabor wojskowy. Obora, co stoi przy drodze, i te cementy, to była kiedyś wojskowa kuźnia. Na farmie zbieraliśmy się zaraz po sumie. Dużo się jadło, piło, śpiewało i żartowało. Wieczorem rozpalaliśmy ognisko. Wtedy koledzy nie rozchodzili się tak szybko, bo jak był piknik to nikt czasu nie liczył. Zawsze byliśmy gościnni, nasz dom był otwarty."

Dziś tradycje rodzinne kontynuuje syn Leszek Gałko wspierany przez żonę i synów. Państwo Gałkowie chętnie udostępniają farmę na potrzeby Polonii. To są te kresowe, polskie serca w drugim pokoleniu utrwalone!

Ze słowem bożym wśród pól i łąk.

Spotkania Polonii na farmie państwa Gałków, choć z pozoru luźne, wakacyjne, spełniają jednak ważną role - służą zespoleniu różnych pokoleń Polonii ottawskiej tworząc tym samym taką wielopokoleniową rodzinę.

Dziś, gdy zanikają organizacje stworzone przez patriotów-kombatantów II Wojny Światowej, ludzi, którzy pamiętają wolną Rzeczpospolitą, jedynym oparciem zostanie Kościół. Tu będzie można poczuć więź z Krajem i poprzez modlitwę połączyć się z naszymi bliskimi, z tym, co polskie, jedyne. A gdy będzie trzeba zjednoczyć się w innym niż modlitwa celu, bo życie różne niesie nam wyzwania, to wystąpimy!

Taką więź wspólnoty czuło się podczas mszy świętej odprawionej przez księdza proboszcza o. Janusza Jajeśniaka OMI, na polach pod Ottawą. Mały drewniany domek, obok stare stodoły, za nimi duży sad a w nim polowy ołtarz otoczony wianuszkiem wiernych. Szept wspólnej modlitwy, chwila zadumy, znak krzyża i jakoś lżej na sercu, radośniej. Jakie to szczęście być tutaj!

Jak piknik to i piknikowe jedzenie. Były kiełbaski, kotleciki, piwo "Żywiec", ciasta Wawel, i co tam jeszcze? Wszystko pyszne, domowe i na świeżym powietrzu smakowało znakomicie! Tradycyjnie były też gry i zabawy dla dzieci prowadzone przez siostrę Daniele. Gdy nasze maluchy hasały po łące, starsi słuchali wspaniałego koncertu w wykonaniu Adama Sztajerowskiego. Muzyka, jaką tworzy Adam, doskonale współgrała z bezmiarem otaczających nas pól... to się doskonale komponowało! Dźwięki były częścią natury, nie dysonansem, o nie! Ta wyjątkowa oprawa muzyczna podniosła poziom niedzielnego spotkania ... bliżej nieba. Tak, jakoś było nam wszystkim wyjątkowo miło. Spokój, jaki zapanował na farmie był niezwykły. Gdzieś tam w mieście tłoczno i gwarnie, a tu... kanikuła. Tu, niczym u Czechowa zatrzymał się czas. Tu jeszcze nie dotarły "tabory", jeden w jeden takich samych "miejskich domów" (popularne townhouses). Tu jeszcze jest dzika Kanada i - czy dacie wiarę? - zimą pod obejście i głodne wilki podejść mogą.

Jolanta Nadzieja Szaniawska

P.S.
Specjalne podziękowanie dla Józefy Gałka i ks. Sławka Trzasko OMI za udostępnienie zdjęć.


top