R E P O R T A Ż E    I    A R T Y K U Ł Y



Spłacony dług Lecha Kaczyńskiego
[Piotr Semka, "Rzeczpospolita"]

Wszystko, co czynił, miało sprostać legendzie II Rzeczypospolitej. Legendzie pokolenia urodzonego w Polsce marszałka Piłsudskiego.

Trudno o bardziej symboliczne miejsce śmierci niż okolice Katynia. Świadomość tego faktu robi wstrząsające wrażenie, gdy się pamięta, że Lech Kaczyński urodził się cztery lata po wojnie, ale żył w cieniu pokolenia, które okupanci Polski skazali na zagładę. Jego rodzice uczestniczyli w walce Polski podziemnej - matka Jadwiga jako sanitariuszka, ojciec Rajmund jako żołnierz Armii Krajowej i uczestnik powstania warszawskiego.

Bracia Kaczyńscy wychowywali się w kraju, w którym ludzi niepodległościowej konspiracji komuniści sprowadzili do statusu obywateli II kategorii, po wojnie AK-owska przeszłość oznaczała aresztowanie i katownie UB, a potem 'tylko' obciążający zapis w aktach. Niewidzialne znamię oznaczające pomijanie w awansach na ważne stanowiska.

Ile paroletnie dziecko mogło wyczuć z atmosfery ukrywanego lęku przed aresztowaniem w latach 50.? Ile rozumiało z rozmów rodziców o uwięzieniu lub kaźni przyjaciół? Nie sposób orzec. A jednak w miarę jak nastoletni Leszek i Jarosław coraz więcej rozumieli z rzeczywistości PRL, musieli dostrzegać bolesny kontrast między ich dumą z bohaterstwa rodziców i zepchnięciem ich na tolerowany przez władze margines życia w PRL. A to rodziło reakcje buntu i sprzeciwu. Wychowani na 'Trylogii' Sienkiewicza i opowieściach o powstaniu, nie musieli sami odkrywać, że komunizm jest zbrodniczą utopią. Historia szybko wystawiła ich na pierwszą próbę.

8 marca 1968 roku na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego Lech i Jarosław Kaczyńscy pierwszy raz mogli rzucić pałkarzom władzy hasło wolności. Gdy w połowie lat 70. powstaje KOR, natychmiast zgłaszają się do opozycyjnej roboty. W kwietniu 1978 roku Lech jest w grupie ludzi, która odmieni Polskę. Współtworzy Wolne Związki Zawodowe, z których wyłoni się 'Solidarność'. W Sierpniu 1980 w Stoczni Gdańskiej należy do czołówki strajkujących, by potem znaleźć się w gronie przywódców ruchu 'Solidarności'.

Przeżył gorycz 13 grudnia i internowania, ale niemal natychmiast po zwolnieniu wrócił do pracy w podziemiu i w 'Solidarności'. W 1986 wszedł do władz podziemnej Tymczasowej Komisji ?Solidarności?. Był w ścisłym kierownictwie związku w kluczowych latach 1988 - 1989. Faktycznie kierował związkiem do lutego 1991 roku.

A potem tworzył pierwsze instytucje suwerennej Rzeczypospolitej. Był pierwszym szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego za prezydentury Lecha Wałęsy i szefem NIK. W 2000 został ministrem sprawiedliwości - zdobył szacunek Polaków wolą walki z przestępczością. Dwa lata później został prezydentem Warszawy, w 2005 roku wygrał wybory i został prezydentem Polski.

Często zarzucano mu, że ma zbyt sztywny stosunek do prestiżu urzędu prezydenckiego, przypisując to jego rzekomej małostkowości. Jednak dla Kaczyńskiego poważne traktowanie prezydentury oznaczało szacunek dla majestatu i powagi Rzeczypospolitej. Wymagał szacunku dla głowy państwa, bo miał świadomość, jak ważnym darem jest wolność. Jak wielki jest ciężar odpowiedzialności za losy Polski przed generacjami poprzedników, którzy dla wolności ojczyzny musieli poświęcić życie. Dlatego tak ostro, niekiedy brutalnie, zadawał pytania o polską podmiotowość w polityce europejskiej, dlatego tak zabiegał o to, aby nie zastępować jej próbami przypodobania się wszystkim.

Dlatego martwił się o siłę polskiej armii. Z tego powodu też pamiętał o spłacaniu długów tym, którzy podejmowali walkę o wolność za czasów PRL, gdy groziło to śmiercią lub więzieniem. Dla nich były ordery i odznaczenia.

Jego nazwisko będzie utożsamiane z projektem IV Rzeczypospolitej. Dziś, gdy hasło to sprowadza się często do rangi politycznego epitetu, warto przypominać, że była to idea wzmocnienia państwa i uwolnienia go od plagi korupcji. Jestem pewien, że czas przyniesie spokojną i pozbawioną zacietrzewienia ocenę tych planów, także prób ich praktycznej realizacji.

Poznałem przyszłego prezydenta osobiście jeszcze w drugiej połowie lat 80., w czasach gdańskiej ?Solidarności?. W ciągu następnych lat miałem sporo okazji, aby z nim - głównie jako dziennikarz - rozmawiać. Wiem, jak bolały go upokorzenia i insynuacje, których nie oszczędzono mu w ciągu czterech lat prezydentury. Spory o samolot czy krzesło na unijnych szczytach martwiły go, bo uważał je za deprecjonowanie urzędu prezydenta.

Chciał Polski, która nawiąże do najlepszych tradycji wspierania demokracji za naszą wschodnią granicą. W imię tej idei leciał do Tbilisi, aby bronić wolnej Gruzji, marzył o silnym sojuszu z Litwą i Ukrainą. Nie z jego winy plany te rozmyły się w ciasnym nacjonalizmie, który doszedł ostatnio do głosu w Kijowie i Wilnie.

Wszystko to czynił, chcąc sprostać legendzie II Rzeczypospolitej. Legendzie, na której wychowało się pokolenie jego rodziców. Pokolenie urodzone w Polsce marszałka Piłsudskiego, którego darzył osobistym szacunkiem.

Chciał budować Polskę mocną i zdolną obronić swoją niepodległość, aby spłacić dług pokoleniu AK-owskiemu, które widziało Polskę zdradzoną i bezsilną.

Czy mu się udało? Na pewno jako człowiek spłacił z nawiązką dług pokoleniu swoich rodziców. Czy nie popełniał błędów? Być może nie potrafił niekiedy wznieść się ponad własne uprzedzenia.

Spór o rolę Lecha Kaczyńskiego w dziejach Polski rozstrzygnął Pan Bóg, powołując go do siebie w tak tragicznych okolicznościach. Dziś modlimy się za jego duszę, za duszę jego ukochanej żony. Za dusze wszystkich ofiar smoleńskiej tragedii.

Piotr Semka, "Rzeczpospolita"



top