R E P O R T A Ż E    I    A R T Y K U Ł Y



NINA GEYSZTOR-ZAWIRSKA
wita




CO KIERUJE STEFCIĄ? OTO JEST PYTANIE...


       To, że p. Agnieszka W. z Toronto zdecydowała się w końcu napisać do mnie, powiem nieskromnie, pomoże jej uchronić się od poważnego kłopotu, który zdaje się czyhać na nią z ręki najbliższych. Niechcący ze strony ojca, ale przypuszczalnie bardzo "chcący" ze strony "psiapsiółki". Angielskie porzekadło głosi, że: "człowiek uprzedzony (o czymś) to człowiek uzbrojony (na odparowanie ciosu)". I taka jest prawda. Pani Agnieszka pisze:

       Pani Nino! Ja się już od dłuższego czasu nosiłam z zamiarem napisania do Pani, ale wczorajszy telefon przesądził sprawę. Teraz już muszę, bo mam dylemat. Napiszę po kolei. Moja matka przyleciała do Kanady na pogrzeb dziadka. Odziedziczyła po nim dom i została w Kanadzie. Ojca i mnie udało się jej sprowadzić dopiero po dwóch latach. Ale nie długo cieszyliśmy się znowu życiem rodzinnym. Mama zachorowała na raka piersi i mimo, że dzielnie o życie walczyła, niestety, pięć lat temu zmarła. Ojciec odziedziczył dom a ja biżuterię, samochód, etc. Nie kwestionowałam niczego bo nie widziałam potrzeby. Ojciec natychmiast spisał testament, w myśl którego ja po nim dom odziedziczę, a resztę już przecież dostałam. Testament jest w moim posiadaniu, ja jestem też jego wykonawczynią (executrix - przyp. mój). Jestem na bieżąco ze wszystkimi sprawami ojca, wszystko robimy wspólnie, gdyż mieszkamy pod jednym dachem. Nie ma sensu płacić komuś czynszu, skoro do dyspozycji jest duży, wygodny dom. Szczególnie, że ja też jestem samotna. Samotna dlatego, że mój narzeczony zginął w wypadku samochodowym dwa lata temu, a ja jestem ciągle za obolała ażeby myśleć o przyszłości z kim innym. Nie szukam zresztą. No to na tyle wprowadzenie, a teraz do rzeczy:

       W ubiegłym roku gościłam przez 3 miesiące Stefę, moją serdeczną przyjaciółkę jeszcze z ławy szkolnej. Kiedyś byłyśmy jak te papużki-nierozłączki. Stefa była tutaj na wymianie szkoleniowej. Sama jej zaproponowałam ażeby zamieszkała u nas, zamiast w hotelu. Stefa jest rozwódką. Dzieci nie ma. Jesteśmy w tym samym wieku. Mamy 32 lata. Stefa jest bardzo ładną, zgrabną i zadbaną kobietą. Znam jej wszystkie wady i zalety. Nadal świetnie się rozumiemy. Ale nie przewidziałam, że trzy miesiące wystarczą, ażeby tato się w niej zakochał (tato ma 56 lat) i, że zechce się z nią żenić. Tato trochę niedomaga (ale ciągle pracuje), więc ja się właściwie bardzo ucieszyłam, że tato będzie miał opiekę pod moją nieobecność. Bo moja praca wymaga częstych wyjazdów służbowych. I cieszyłam się też z tego, że za macochę nie będę miała jakiejś starej wiedźmy, tylko moją ukochaną i najlepszą przyjaciółkę.

       Zaręczyli się na Boże Narodzenie. Po Świętach Stefa wróciła do Polski załatwiać swoje sprawy. Musi skompletować wiele dokumentów, zdobyć kopie różnych orzeczeń, uzyskać jakieś poświadczenie od ex-małżonka. Tato złożył odpowiednie dokumenty w Immigration. Dowiedział się, że w myśl litery prawa muszą się pobrać w ciągu 90 dni od jej wylądowania w Kanadzie. Z tym nie będzie żadnego problemu bo, przez to, że ona jest rozwódką, ślub będą musieli brać cywilny, nie trzeba długo czekać. Ja się naprawdę bardzo na to wszystko cieszyłam. Do wczoraj.

       Bo wczoraj, kiedy rozmawiałam z nią telefonicznie zapytałam, z czystej ciekawość zresztą, czy wystawiła już mieszkanie na sprzedaż. A jeśli tak, czy ma już jakieś oferty. Ku mojemu zdziwieniu, odpowiedziała, że zmieniła zdanie, że mieszkania nie likwiduje, bo jeśli Witkowi (mój tato) choćby z powodu wieku, coś by się miało stać, to ona umieści go w odpowiedniej instytucji, bo koło chorych trzeba umieć chodzić. A ona nie umie. Natomiast jakiś gorszy scenariusz nakaże jej dom natychmiast sprzedać i wrócić do Polski. Zaraz jej powiedziałam, żeby na to nie liczyła, że ona domu nie sprzeda, bo dom jest mój. Na to ona odpowiedziała, że to się jeszcze zobaczy.

       Pani Nino! Nie chcę przedwcześnie wydawać pieniędzy na adwokatów i dlatego od razu, na gorąco, piszę do Pani. Co tu jest do zobaczenia? Czyżby ona chciała obalać testament? Czy ja mam tę rozmowę powtórzyć ojcu? Jestem bardzo niespokojna. Uprzejmie proszę o szybką odpowiedź. Z góry za nią dziękuję....


       Hmmm. Nawet moja ukochana autorka dreszczowców, Joanna Chmielewska, nie wymyśliłaby takiego skomplikowanego scenariusza a priori. Hipotetyczny dramat - i to wszystko na jednej tylko stronie! A i Mniszkówna się kłania, chociaż zupełnie inaczej. Odwrotnie. Bowiem ta Pani Stefcia na pewno nie jest materiałem na "Trędowatą"! Oj nie! Ktoś ją nieźle w Polsce prowadzi. Dziwię się tylko, że tak głupio się przed Panią wygadała. Widocznie nie było przy niej tego kogoś, aby ją powstrzymał, buzię zasznurował. Ojcu tę konwersację trzeba koniecznie zrelacjonować, ale proszę nie spodziewać się cudów. Jeśli ojciec jest ciągle zakochany (zauroczony?) - pewnie Pani nie uwierzy. A najgorsze jest to, że tylko od jego decyzji, i rodzicielskiej lojalności, zależeć będzie czy będzie Pani miała powody do obaw czy nie.

       Nie znam Pani przyjaciółki i może wyrządzam jej krzywdę moimi podejrzeniami ale wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują na to, że nietrędowatej Stefci raczej o ordynację, czyli majątek po ojcu chodzi, a nie o uczucie. Osobiście nie wierzę w różnicę wieku. Tylko w różnicę charakterów. Różnica wieku (obojętnie w którą stronę) w dzisiejszych czasach - jest nieistotna. Jest anachronizmem. Nie liczy się. Dzisiejsza, pracująca, wykształcona i niezależna kobieta dawno zapomniała, że coś takiego kiedyś było ważne. Że w ogóle odgrywało jakąś rolę. Może mój tok myślenia wywodzi się z bardzo starej szkoły, ale tam gdzie ja studiowałam i pobierałam nauki (życiowe), żadna kochająca narzeczona nie snuła przed ślubem, głośnych planów na ewentualność "gdyby coś się miało stać" (lub brała pod uwagę "jakiś inny scenariusz". Albowiem obie rozumiemy, że ten "inny scenariusz" to nic innego tylko zwykły eufemizm na śmierć, synonim na odwalenie kity, na wykorkowanie, na wyciągnięcie nóg, na wypychanie kwiatków od spodu. No bo niby co innego może oznaczać? Po co by inaczej robić jakiekolwiek plany skoro w przypadku tylko choroby - nikt niczego jeszcze nie dziedziczy. Więc jak inaczej należy to zrozumieć? Ale są to jedynie przypuszczenia, względnie logiczna dedukcja. Prawdziwe intencje wyjdą dopiero w praniu.

       Natomiast niezbitym faktem jest, że w momencie kiedy Stefcia, cała spłoniona (oj, bo skonam ze śmiechu), trzepocząc rzęsami i cała wzruszona, wyszepce przed urzędnikiem stanu cywilnego to sakramentalne "I do", w tym samym momencie testament ojca w Pani ręku staje się bezwartościowym świstkiem papieru (chyba, że spisany jest na miękkim papierze, w co wątpię). Każdy nowy ożenek (zamążpójście) czyni istniejący testament null and void czyli po prostu - nieważny. A ojciec staje się w tym momencie intestate, co z kolei po angielsku znaczy, że nie posiada w ogóle testamentu. Stefci w niczym to nie zaszkodzi, albowiem w przypadku śmierci małżonka, tfu, tfu, tfu, prawo w Ontario gwarantuje żałobnej wdowie automatycznie otrzymanie pierwszych $200.000, plus udział w podziale pozostałego majątku. A zatem, przykra dla Pani prawda jest taka, że w tej scenerii, jeśli dom jest tyle wart (a z Pani opisu i adresu wynika, że jest) to Stefcia faktycznie zostanie jego nową i legalną właścicielką. Będzie miała prawo wywalić Panią z domu na zbitą buziuchnę, dom sprzedać i Pani nie będzie miała nawet żadnego rekursu.

       Więc choćby tylko z tego powodu, dmuchając na zimne, nie pozostaje Pani nic innego, jak tylko ojca natychmiast uświadomić. Dom jest spadkiem po Pani matce. Moralnie należy do Pani, aczkolwiek w dokumentach jego właścicielem jest ojciec. Ale jeśli tato jest człowiekiem prawym, jeśli Panią kocha i nie chce ażeby Pani stała się krzywda, to nie ma na co czekać. Ani chwili! Ojciec musi bezzwłocznie dom Pani podarować! PRZED ślubem! Pytanie tylko czy zechce. Ale pewnie zechce, jeśli Pani umiejętnie rozegra Stefci groźbę oddania go do Domu Opieki Społecznej (czego wrogom nie życzę! Nawet gdybym ich miała.) Usługi adwokata będą nieuniknione i kosztowne, ale proszę mi wierzyć, że warte każdego centa!

       Ojcowski "podarunek" będzie też wspaniałym sprawdzianem co w trawie piszczy. Kiedy Stefa się dowie o przepisaniu domu na Panią, jej reakcja będzie jednoznaczna. Jeśli zerwie zaręczyny - to znaczy, że chodziło tylko o szmal i nic więcej. Tato nic na tym nie straci, oprócz urażonej, męskiej ambicji. Z początku trochę pocierpi, ale wnet opluje się ze szczęścia, że nie wpadł jak śliwka w kompot. No i w końcu trochę przyjemnych wspomnień mu zostanie, bo nie sądzę ażeby razem tylko rezedę wąchali, prawda? Aliści, jeśli Stefa się nie wycofa - wtedy należy uznać, że jej uczucia mogą być prawdziwe. Ale znowu na dwoje babka wróżyła. Bo mogą ale nie muszą. Nie wolno bowiem zapominać, że uzyskanie legalnego, stałego pobytu w Kanadzie - też piechotą nie chodzi. Na czarnym rynku (a jest taki), ta "przyjemność" kosztuje pomiędzy $20 - 25 tysięcy zielonych.

       Czy wszystko już jasne? Z serca życzę rychłego rozwiązania problemu. I mam nadzieję, że mi Pani napisze jak wyglądał jego epilog. Czytelnicy, którzy teraz za Panią kciuki trzymają - też zechcą wiedzieć. A zatem do ponownego usłyszenia.

[ Nina Geysztor-Zawirska ]


top